G5: Koniec nadziei, koniec sezonu (1-4)

Mieli poradzić sobie z problemami z sezonu regularnego. Zapewniali, że w playoffs będzie inaczej. Przez pierwsze pięć meczów zdawało się, że mówili prawdę. Ale koniec końców wcale nie było inaczej. Zamiast tego jest jedno wielkie rozczarowanie. Boston Celtics przegrali w środę piąty mecz serii z Milwauke Bucks i zakończyli sezon na drugiej rundzie, choć przed startem rozgrywek widzieli się w wielkich finałach. Nic z tego, rzekł Giannis i nieco szybciej niż zwykle rozpoczął wakacje w Beantown. Po raz pierwszy od 2016 roku bostońska drużyna nie zamelduje się więc w finałach konferencji i nie zrobi kolejnego kroku. Przed nami tymczasem ważne i na pewno interesujące lato, które mocno wpłynie na przyszłość Bostońskiej drużyny.

O samym meczu nie trzeba zbyt wiele pisać: dość powiedzieć, że Celtowie już w pierwszej kwarcie trafili zaledwie 23 procent rzutów i chyba ani przez chwilę nie wyglądali jak drużyna, która walczy o przedłużenie swojego sezonu. Frustracja dała znać o sobie pod koniec pierwszej połowy, gdy w kilka minut przewaga Bucks wzrosła do 16 oczek, a wściekli na sędziów (i zapewne nie tylko na nich) byli Al Horford oraz Brad Stevens. Gospodarze mecz do zamrażarki odłożyli już w trzeciej kwarcie i w czwartej kwarcie mogli już tylko delektować się awansem.

Celtics trafili tylko 13 z 51 rzutów do przerwy. Ogółem spudłowali aż 32 z 39 prób za trzy. W trzeciej kwarcie w jednym posiadaniu pozwolili rywalowi na cztery zbiórki w ataku pod rząd, co było kwintesencją tego sezonu. Wynik 116-91 dobrze oddaje to jak dominującym zespołem w tej serii – poza meczem otwarcia – byli Bucks. Dla nich to pierwszy awans do finałów konferencji od 18 lat i w pełni zasłużona wygrana. Nie robili rzeczy dużych, ale zrobili wystarczająco, a ich obrona od meczu numer dwa to coś, czego Bostończycy nie byli w stanie przeskoczyć.

Kyrie Irving i jego cztery ostatnie mecze w tym sezonie: 4/18 z gry, 8/22 z gry, 7/22 z gry i 6/21 z gry. 30-procentowa skuteczność z gry oraz 19-procentowa zza łuku. No i cztery kolejne porażki. A przecież to właśnie na playoffs od miesięcy czekał już Irving, który mówił, że nie martwi się sezonem regularnym i że w fazie play-off będzie inaczej. Podobnie myśleli inni zawodnicy Celtics, ale na myśleniu się skończyło. Zawiódł też Gordon Hayward, zawiódł Terry Rozier i wielu innych. Zawiódł też wreszcie Brad Stevens. Ogromne, ogromne rozczarowanie.

Przed nami wyjątkowo wcześnie rozpoczynające się lato, po którym ten zespół może wyglądać dużo inaczej.

I wiele pytań:

  • Co zrobi Kyrie?
  • Czy sen o Anthonym Davisie nadal będzie aktualny?
  • Czy w zespole zostanie Horford?
  • Co dalej z Morrisem, Baynesem czy Rozierem?

O tym wszystkim zdążymy jeszcze napisać w kolejnych dniach. Dziś wiemy na razie, że z zespołem na pewno pożegna się Micah Shrewsberry – asystent trenera Stevensa przenosi się do Purdue. Wiemy też, że ten zespół – z sezonu 2018/19 – przejdzie do historii nie tak jak się tego spodziewaliśmy. Zamiast kroku do przodu i powrotu do finałów NBA – o czym wszyscy przed startem rozgrywek przecież marzyliśmy – było mnóstwo dramy, wciąż dużo talentu i tak samo dużo rozczarowań. I rozczarowujący, smutny koniec, który nikogo jednak nie dziwi.