G3: Playoff C’s, gdzie jesteście? (1-2)

Stało się: Milwaukee Bucks odzyskali w sobotę przewagę parkietu, pokonując Celtics w Bostonie wynikiem 123-116. Dużo można powiedzieć po tym meczu o pracy sędziów, lecz to nie oni sprawili, że George Hill oraz Pat Connaughton mieli wspólnie tylko cztery punkty mniej (35) niż Kyrie Irving oraz Gordon Hyward (39). To również nie sędziowie po raz kolejny wpadli w panikę, gdy rywal zaczął w trzeciej kwarcie odjeżdżać. A przecież Bostończycy jeszcze do przerwy mieli punkcik do przodu. Na sędziów można psioczyć, tym bardziej, że Giannis aż 22 razy stawał na linii rzutów wolnych, a przez wątpliwe faule problemy mieli m.in. Jaylen Brown czy Marcus Morris. Ale do wygrania meczu w fazie play-off potrzeba też po prostu lepszej gry.

Jasne, że bardziej sprawiedliwe gwizdki by pomogły. Mówił o tym po meczu Kyrie Irving, który wprost stwierdził, że tak częste gwizdki dla Giannisa już nie tylko stają się „niedorzeczne”, ale też „spowalniają tempo pierdolonego meczu” (pewnie będzie grzywna dla Irvinga, ale co tam). Kiedy jednak sędziowie przeszkadzają, twój margines błędu staje się jeszcze mniejszy, a Bostończycy po raz kolejny w tym sezonie nie byli w stanie odpowiedzieć na zryw rywala. Irving nie zagrał fantastycznie, Horford nie był kluczowy, a Haywarda nadal w tej serii nie ma.

A skoro Irving nie gra fantastycznie to Bucks mają najlepszego gracza na parkiecie.

A skoro Horford nie jest kluczowy – nie oddał nawet jednego rzutu w trzeciej kwarcie – to coś nie działa.

A skoro Hayward nie potrafi się w tej serii odnaleźć to nie jest x-faktorem dl Celtics.

Do przerwy to był solidny mecz w wykonaniu Celtów, którzy dobrze ograniczyli szybkie punkty Bucks i wypracowali sobie nawet kilkanaście punktów przewagi (Irving już po 12 minutach meczu numer trzy miał 13 punktów, czyli o cztery więcej niż w całym meczu numer dwa), zanim Connaughton – chłopak urodzony 10 kilometrów od Bostonu – nie trafił kilku trójek i Kozły po 24 minutach gry mieli tylko jeden punkt straty. Już do przerwy gospodarze przegrywali pojedynek rezerwowych wynikiem 3-19 i niestety po przerwie wcale nie miało być lepiej.

Jak się bowiem okazało, Connaughton samodzielnie zdobył dla Bucks tylko dwa punkty mniej niż cała bostońska ławka rezerwowych. Skończyło się 41-16 dla gości pod tym względem, a swoje – szczególnie w trzeciej kwarcie – dołożył ożywiony George Hill (21 oczek), który znakomicie zastąpił słabo spisującego się Bledsoe. Giannis tymczasem nie tylko dostawał się na linię rzutów wolnych (wyrównał career-high 22 prób), ale też znów znakomicie znajdował partnerów w szybkich atakach. W pierwszym meczu miał tylko dwie asysty, w dwóch kolejnych łącznie 12.

Zabrakło lepszej odpowiedzi ze strony Celtów. Zabrakło takiej gry, która działa. Celtics zbyt często odchodzą od tego, co działa i na siłę próbują odpowiedzieć na kolejny zryw przeciwnik. A przecież wystarczy grać swoje. Nie idź po home runa, zdobywaj single. Krok po kroku. Niestety trudno o to, gdy drużyna traci tempo i pozwala dyktować rywalowi to, jak gramy. W pierwszym meczu tej serii znakomicie to tempo gry prowadził Irving, ale w dwóch kolejnych meczach – szczególnie w trzecich kwartach – tego właśnie bardzo mocno zabrakło.

Tak czy siak, Bucks „tylko” odzyskali przewagę parkietu, a Celtics już raz udowodnili, że potrafią pokonać Kozły w Milwaukee. Game 4 to jest jednak must-win, bo powrót przy 3-1 do Wisconsin może szybko tę serię zakończyć. Czy na ten mecz wróci Marcus Smart? Na pewno bardzo by się drużynie przydał, ale na ten moment wydaje się, że bliżej powrotu jest jednak Malcolm Brogdon. To byłby kolejny cios dla Celtów, tym bardziej, że ich głębia składu na razie przegrywa z głębią Bucks. Mecz numer cztery tej serii w nocy z poniedziałku na wtorek.