KG odchodzi jako Legenda

Kevin Garnett oficjalnie skończył swoją karierę i nie zagra w przyszłym sezonie na parkietach NBA, co oznacza, że widzieliśmy już jego ostatni mecz na parkietach najlepszej ligi świata. Mecz w barwach drużyny, którą zmienił i którą uchronił być może przed totalnym upadkiem, choć tak w zasadzie to karierę powinien był skończyć trzy lata wcześniej, w drużynie, którą odmienił tak, że ta zdobyła mistrzostwo. Kevin Garnett odchodzi jako jeden z najwybitniejszych silnych skrzydłowych w historii ligi i jako jeden z najlepszych w historii w ogóle, a po 21 latach jego kariery można napisać, że odchodzi również jako jeden z największych defenderów. I za wszystko, czego dokonał – po prostu dziękujemy.

Kevin Garnett był jedyny w swoim rodzaju, bo łączył cechy rzucającego obrońcy w ciele silnego skrzydłowego. Był niepowtarzalny ze względu na ogromną intensywność, z jaką grał. W każdym pojedynczym meczu, w każdej pojedynczej akcji. Zasłużył tym samym na ukłony ze strony m.in. kibiców Los Angeles Lakers, którzy podkreślają, że nigdy nie widzieli, jak Kevin Garnett odpuszcza w choćby jednej akcji. My też tego nie widzieliśmy, choć mieliśmy okazję oglądać go przez sześć pięknych lat, kiedy grał w Bostonie.

Jego przyjście było samo w sobie czymś niesamowitym – były MVP ligi dołączał do najgorszej wtedy drużyny w lidze, a w powietrzu dało się czuć, że tworzy się coś wspaniałego. To wtedy zaczęła się znakomita era Big Three, okraszona jednak tylko jednym mistrzostwem, lecz zmiany, które wtedy zaszły do dziś są w Bostonie odczuwalne. Kevin Garnett zmieniał za sobą wszystko, dał podwaliny pod jedną z najlepszych defensyw tego wieku i gdyby tylko Celtom dopisywało zdrowie to w latach 2008-2010 mógłby być threepeat.

Tego nie było, ale tak czy siak Kevin Garnett zrobił dla Bostonu niesamowicie dużo. A ciężar, jaki zdjął nie tylko z siebie, bo też z całego miasta, które ponad dwie dekady czekało na tytuł, najlepiej było widać w pomeczowym wywiadzie, który udzielił zaraz po ostatnim gwizdku pamiętnego meczu numer sześć finałów w 2008.

Ubuntu, bar fight, anything is possible. Z tego zapamiętaliśmy Garnetta, który w Bostonie był wielkim wojownikiem i lubił to udowadniać. A może nawet nie tyle, że lubił, co po prostu czuł się zobligowany do tego. Bo przecież od zawsze grał z wielką zawziętością, która podwoiła się, a może nawet potroiła w momencie, kiedy zakładał bostońską koszulkę. Uwielbiał bić się w serce, rzucać po bezpańskie piłki, walczyć do upadłego. Uwielbiał, wiedział też, że to jego obowiązek, a my to rozumieliśmy i po prostu go kochaliśmy.

Ilość tych niezapomnianych akcji jest niesamowita, podobnie zresztą jak ilość wywiadów, po których albo się dziwiliśmy, albo po prostu szeroko się uśmiechaliśmy. I świetną sprawą było to, że dane nam było się z Kevinem Garnettem pożegnać, kiedy Timberwolves przyjechali do Bostonu w grudniu ubiegłego roku. Był tak kochany przez niego Gino, była owacja na stojąco dla wielkiego mistrza i były brawa dla człowieka, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powodował, że wszyscy wokół stawali się wojownikami.

Nie będzie drugiego takiego zawodnika, który tylko swoją osobą tak bardzo wpływałby na otoczenie. Wielu czuło się w jego obecności po prostu niekomfortowo, ale ci, którzy mieli okazję dzielić z nim szatnię, są w większości do dziś nie tylko jego wielkimi fanami, ale też bardzo dobrymi znajomymi lub w niektórych przypadkach braćmi. A sporo się tych znajomych nazbierało przez 21 lat kariery, która rozpoczęła się zaskakującym treningiem w maju 1995 roku, kiedy to Flip Saunders i Kevin McHale pierwszy raz zobaczyli Kevina Garnetta.

Prosto po szkole średniej, KG wcale nie był zapisany wielkimi literami w notesach skautów, a dla większości był po prostu projektem na przełom pierwszej i drugiej rundy. Saunders i McHale jechali na organizowany przez Garnetta trening niechętnie, odbierając to jako stratę czasu – aż do momentu, kiedy zobaczyli go w akcji. I wtedy wiedzieli już, że to jest ich człowiek, co potwierdzili kilka tygodni później, wybierając młodziutkiego zawodnika z piątym numerem draftu w 1995 roku. To rok, w którym urodziłem się ja czy Karl-Anthony Towns.

Lista osiągnięć Garnetta jest długa, bo to prócz mistrzostwa także 15 wyborów do All-Star Game (więcej mają tylko Kareem Abdul-Jabbar oraz Kobe Bryant) czy dziewięć nominacji do najlepszej piątki defensywnej sezonu, co jest wyrównaniem najlepszego wyniku (Kobe, Gary Payton oraz Michael Jordan). Kevin Garnett to również jeden z ledwie trzech zawodników w historii obok Abdul-Jabbara oraz Karla Malone’a, który na przestrzeni całej kariery zapisał na konto co najmniej 25000 punktów, 10000 zbiórek oraz 5000 asyst.

Kevin Garnett powiedział kiedyś, że krwawi na zielono i umiera na zielono. Choć dla wielu jest symbolem Timberwolves i tym symbolem powinien pozostać to jednak bostońscy kibice od dnia numer jeden widzieli w nim swojego i traktowali jak swojego. A sam koniec kariery powinien chyba przyjść wcześniej, zaraz po przegranej serii z New York Knicks w 2013 roku, kiedy to jednak Paul Pierce przekonał swojego wielkiego przyjaciela, by przenieśli się razem na Brooklyn. Garnett już nigdy nie dobił jednak do poziomu z playoffs 2012.

Nam wypada więc tylko i wyłącznie podziękować – za wszystko. Za każdy trafiony rzut, za każdą wywalczoną piłkę, za każdą pompkę i za każde zwycięskie zagranie defensywne. Tak jak już kiedyś za to dziękowaliśmy. Z ligi odchodzi bowiem prawdziwa Legenda, której wpływ cały czas da się odczuć tak zarówno w całej lidze, jak i w szatniach w Minneapolis czy w Bostonie. Zawodnik, którego kochaliśmy, a którego rywale kochali nienawidzić. Gracz, który uwielbiał udowadniać i udowodnił, że wszystko jest możliwe. #ThankYouKG