G3: Bez odpowiedzi, bez szans (2-1)

Trzy dni przerwy między meczem numer dwa a meczem numer trzy nie zrobiły nic dobrego w głowach Boston Celtics. Albo może raczej zachęciły ich do tego, aby i w czwarty dzień zrobić sobie wolne – szkoda tylko, że tego czwartego dnia mieliśmy G3. Celtowie w bardzo słabym stylu przegrali więc w Cleveland w sobotę, ale wciąż prowadzą w serii 2-1 i miejmy nadzieję, że najgorsze spotkanie w tej serii mają za sobą. To było po prostu fatalne spotkanie w ich wykonaniu: mnóstwo rzutów z mid-range, mnóstwo trójek Cavs z otwartych pozycji i mnóstwo niezwykłych podań LeBrona Jamesa, który świetnie rozmontował defensywę Celtics. G4 w poniedziałek i liczymy na znacznie lepszą odpowiedź Celtów na ciosy zadawane przez Cavaliers.

Po meczu niektórzy z zawodników – w tym Terry Rozier – przyznali, że potrzebny był im taki zimny prysznic po 2-0 w dwóch domowych meczach. To pierwsze spotkanie w Cleveland bardzo mocno przypominało G3 w Milwaukee, kiedy to Brad Stevens ostrzegał swoich graczy, że będzie bardzo ciężko i powinni być przygotowani. Wtedy nie byli, natomiast w następnej rundzie – w starciu z Sixers – zdawało się, że nauczyli się na swoich błędach. Niestety w Cleveland okazało się, że chyba nie do końca. Cavs przejechali się bowiem po Celtics i zdominowali ten mecz.

Mieli wszystko pod kontrolą w zasadzie od samego początku spotkania, ani razu nie dopuszczając Celtów do prowadzenia. Cavs tylko w pierwszej kwarcie trafili sześć trójek (mieli cztery w G2), a obudzili się m.in. George Hill czy JR Smith. Role-players zawsze grają lepiej u siebie. Tymczasem ofensywa Celtics wyglądała na tyle źle (w pewnym momencie więcej strat niż trafień), że Brad Stevens szukał różnych odpowiedzi i był wśród nich nawet Guerschon Yabusele, który w dwóch poprzednich rundach rozegrał łącznie zaledwie dziewięć minut.

Bardzo dobrze ograniczyli Cavs poczynania Jaylena Browna, który przez cały mecz miał problem nie tylko z rywalem, ale również z faulami, co poskutkowało słabiutkim meczem 21-latka. Ale nie ma co wytykać palcami, bo w sobotę chyba nikt nie stanął na wysokości zadania. Może jeden biedny Jayson Tatum, do którego przyczepić w zasadzie się nie można. Cavs już do przerwy prowadzili więc 61-41, trafiając dziewięć z 17 prób zza łuku i wiedzieliśmy, że tutaj o powrót będzie bardzo ciężko. Druga połowa udowodniła, że o powrocie nie było nawet co myśleć.

Bardzo dobre zawody rozegrał LeBron James. 3/3 za trzy w pierwszej połowie (2/9 od całego zespołu Celtics), ale też sześć asyst (dziewięć od całego zespołu Celtics). 34-latek miał kilka doskonałych podań, zanotował zresztą aż 12 asyst (ale też 27 punktów). Kyle Korver trafił cztery razy zza łuku, JR Smith trzy razy i nawet Jordan Clarkson trafił trzy trójki,  dostając sporo minut w garbage-time, który zdaje się trwał już gdzieś od trzeciej kwarty. Tylko cztery rzuty w 30 minut gry oddał Al Horford. Cztery rzuty! Tak się meczu w fazie play-off po prostu nie wygra.

O tym meczu szybko trzeba zapomnieć, wyciągając przy okazji wnioski. Plus jest taki, że to wciąż Celtics prowadzą w tej serii 2-1 i wciąż po swojej stronie mają przewagę parkietu. Minus taki, że Cavs potrzebowali tylko jednego spotkania, aby trafić 17 z 34 prób zza łuku. Mecz numer cztery w nocy z poniedziałku na wtorek.