Przed meczem nikt nie oczekiwał od zdziesiątkowanych Celtów wygranej, jednak biorąc pod uwagę okoliczności, to końcowe rozstrzygnięcie powoduje uczucie rozczarowania. Po kapitalnym widowisku, okraszonym potężną dawką emocji i aż dwiema dogrywkami, Celtics przegrali w Ogródku z Wizards, choć aż trzykrotnie mieli zwycięstwo dosłownie na wyciągnięcie ręki. Szkoda, że nie udało się utrzymać dwudziestopunktowej przewagi lub wykorzystać jednej z dwóch szans w dodatkowym czasie gry. W każdym razie trzeba przyznać, że podopieczni Brada Stevensa zagrali fantastyczne spotkanie i stworzyli jedno z najciekawszych widowisk na parkietach NBA w tym sezonie.

BOXSCORE

Lista kontuzjowanych Celtów przeraża. A jeszcze bardziej przerażają informacje, które co jakiś czas wypływają z bliskiego otoczenia zespołu. Al Horford walczy z grypą, zaś Jaylen Brown wciąż odpoczywa po upadku w starciu z Timberwolves, ale ich absencje są chwilowe i już niedługo powrócą na parkiet. Gorzej przedstawia się kwestia pozostałych zawodników z feralnej listy – sezon z głowy ma Daniel Theis, natomiast sytuacja Marcusa Smarta nie rozwija się chyba w dobrym kierunku. W dodatku sam Danny Ainge przyznał, że możliwe jest, iż Kyrie Irving będzie potrzebował operacji kolana, a to między wierszami można odczytać jako zdiagnozowanie przez sztab medyczny czegoś poważniejszego lub postawienie wyraźnej granicy między rozsądkiem a ambicją. Przynajmniej ja mam takie wrażenie.

Jednak drugi garnitur Celtics zagrał bardzo dobry mecz, stwarzając wszystkim kibicom dużą niespodziankę, bowiem przed spotkaniem trudno było mieć optymistyczne przeczucia. Finalnie do wygranej zabrakło bardzo niewiele i co najmniej dwukrotnie mieliśmy gości ze stolicy na przysłowiowym widelcu. Ale w tych decydujących dla losów spotkania momentach brakowało nam skuteczności i zimnej krwi.

Kapitalnie grający Marcus Morris, który był naszą pierwszą opcją w ataku i w trzeciej kwarcie w głównej mierze to on utrzymał nas na bliskim dystansie z napierającymi Wizards, wyraźnie przysnął w ostatniej akcji regulaminowego czasu gry. Jeszcze przed wprowadzeniem piłki do gry spod kosza przez jego brata widać, jak kompletnie odpuszcza Jodiego Meeksa, który korzysta z zaproszenia i ucieka w narożnik. Kompletnie niezrozumiała była również jego reakcja na wejście pod kosz Otto Portera, bo przecież próba pomocy w paint była pozbawiona najdrobniejszego sensu przy trzypunktowym prowadzeniu i w sytuacji, gdy wszyscy w defensywie skupiali na twardej obronie obwodu. W każdym razie Morris zagrał zdecydowanie najlepszy mecz w tym sezonie. I tu już nie chodzi tylko o season-high w postaci 31pts przy świetnej, 50% skuteczności z gry, ale przede wszystkim o fakt, że to właśnie on był liderem tego zespołu. W najtrudniejszych momentach to on brał ciężar oddawania rzutów na swoje barki – tak było choćby w 3Q, kiedy na parkiecie szalał Bradley Beal, a nam nie zostało nic z komfortowej, dwudziestopunktowej przewagi i nadzieje na wygraną z każdą kolejną skuteczną akcją gości malały.

Długo w ofensywę wchodził Terry Rozier, bowiem w pierwszej połowie był ledwie 2/7FG i dopiero w drugiej części zaczął robić rzeczy, do których przyzwyczaił nas w ostatnich tygodniach. To również on, dzięki trójce w 2OT, zniwelował straty do jednego punktu i wlał w nasze serca nadzieje na sukces. W defensywie od początku wykonywał kawał dobrej roboty na kryciu Beala, zatrzymując go do spółki z Tatumem na marnych pięciu punktach w 1st half. Waleczny jak zawsze, mobilny jak zawsze i czytający grę jak zawsze. Ten chłopak to wielka przyszłość Celtics.

Nie można Tatuma krytykować, bo to pierwszoroczniak, na parkiecie był łącznie 46,5 minuty i poza tym zagrał naprawdę dobrze, ale fakty są takie, że w tych końcowych momentach drżało mu serducho i popełniał błędy. Po pierwsze, na koniec czwartej kwarty w walce o zbiórkę przechytrzył go Tomas Satoransky. Po drugie, w pierwszej dogrywce najpierw fatalnie wprowadził piłkę z boku, co kosztowało nas stratę posiadania, gdyż Morris nie był w stanie opanować piłki, a przecież przy tak dobrej i ciasnej defensywie Czarodziejów mógł krzyknąć proste „timeout”, bo takim jeszcze dysponowaliśmy. I choć chwilę później zrehabilitował się za swój błąd i po dobrym pressingu na Bealu odzyskał dla nas piłkę, to jednak nie trafił osobistego na wygraną. Zaznaczmy, że na pewną wygraną +1. Po trzecie, w drugiej dogrywce spudłował game-winnera, próbując trafić zza łuku, choć przecież wystarczyła nam akcja za dwa oczka. Jak już chciał próbować, to przecież mógł rozbujać Satoransky’ego i spróbować wjechać na kosz, w poszukiwaniu przewinienia – mieliśmy już bonus i każdy kontakt skutkowałby w takiej sytuacji gwizdkiem sędziów. Cóż, szkoda, trzeba wyciągnąć wnioski i w przyszłości takich błędów nie popełniać. Ale w całym spotkaniu, poza końcówkami, 20-latek grał świetnie i już pierwsze akcje w 1Q były spektakularne – dunk po minięciu czeskiego rozgrywającego Wizards oraz świetna próba z odchylenia na półdystansie. Do 19pts i 5reb dołożył też aż sześć asyst.

Brad Stevens miał pomysł na ten mecz – a jakże inaczej. Zaczęliśmy mecz wysoką piątką, gdzie Morris, Guerschon Yabusele i Aron Baynes kapitalnie współpracowali z Rozierem i Tatumem przy obronie strefowej, która pozwoliła nam totalnie zaskoczyć Wizards i uzyskać +20. W dodatku znakomicie zbieraliśmy w ofensywie i tylko w samej 1Q zdobyliśmy aż dwanaście punktów z ponowienia. Scott Brooks tracił nad sobą panowanie i zaledwie w czternaście minut wykorzystał trzy przerwy na żądanie. Ale z biegiem czasu goście zaczęli się w tym wszystkim łapać i podkręcali tempo swoich akcji. A to już nie pozwalało nam ustawiać strefy i bronić zespołowo.

W dodatku do czerwoności rozgrzał się Beal, który w trzeciej kwarcie zdobył 16 punktów i ranił nas albo wejściem pod kosz, albo step-backiem na półdystansie, czy na obwodzie. Świetny fragment miał też Ian Mahinmi, który w tym okresie zdominował paint. My po zmianie stron straciliśmy skuteczność, która przez długi czas w pierwszej części utrzymywała się powyżej 60%, a także zgubiliśmy dobry ball-movement. W konsekwencji Wizards przejęli inicjatywę i objęli prowadzenie. Ale to odzyskaliśmy, choć już nie w tak dużym rozmiarze, w czwartej kwarcie. I jeszcze na półtorej minuty przed końcem wydawało się, że skromne +5 wystarczy. A jednak, tym razem to nas dopadł topór combackowców. Być może gdyby Tatum miał odrobinę więcej szczęścia, a piłka po jego świetnym rzucie z półdystansu wpadła do kosza?

Dziewięcioosobowa, w dużej mierze eksperymentalnie połączona ze sobą rotacja Celtics spisała się bardzo dobrze, poza tymi kilkoma minutami słabszej gry w trzeciej kwarcie. Każdy z zawodników zagrał co najmniej osiemnaście minut, z czego Rozier prawie 48! Popełniliśmy siedemnaście błędów, a więc więcej niż sezonowa średnia, ale to zrozumiałe, kiedy na parkiecie biegają zawodnicy, którzy na przestrzeni całych rozgrywek nie mieli zbyt wielu okazji do wspólnej gry. Wskaźniki osiągnięte przez Celtów są naprawdę przyjemne – 48,5% z gry, 12/26 z dystansu, 30 asyst. Świetny występ zaliczyli drugoplanowi zazwyczaj zawodnicy – Shane Larkin, Abdel Nader i Greg Monroe (double-double 16pts, 10reb). Wszyscy dobrze się rozumieli na boisku, czego przykładem może być akcja z 2Q, kiedy Monroe kapitalnym podaniem w tempo obsłużył ścinającego na kosz Nadera.

Pierwszy seed na Wschodzie odpływa z każdym dniem. Ale chyba tutaj już w tym wszystkim nie chodzi o to, czy przeskoczymy Raptors. Ostatnie dni sprawiły, że powoli trzeba się zastanawiać, czy my będziemy w stanie dokończyć sezon w optymalnym składzie.

Więcej materiałów ze spotkania przeciwko Wizards znajdziecie tutaj.