Zdrowie ważniejsze niż wygrana

Po raz drugi w tym sezonie pech chciał znokautować Celtics. W końcówce 3Q rozpędzony Jaylen Brown nie utrzymał ciężaru ciała po wsadzie i z całym impetem upadł na parkiet Target Center. Wyglądało to przerażająco – na trybunach zapadła równie przerażająca, totalna cisza, a Al Horford załamany siedział na boisku obok leżącego 21-latka. W sekundę odwiedziły nas demony z Opening Night. Fortuna była tym razem po naszej stronie, bowiem Brown zszedł do szatni o własnych siłach i według oficjalnych informacji nie doznał cięższych obrażeń. Ta sytuacja przyćmiła świetny mecz Celtów, którzy przez niemal cały dystans grali perfekcyjnie zorganizowany basket i pokonali Timberwolves wynikiem 117:109, meldując się w fazie post-season.

BOXSCORE

Upadek Browna był przerażający. Chyba wszyscy, którzy oglądali ten mecz spocili się na sam widok. Jestem pewien, że fanom Celtics serducha zaczęły walić jak dzwony, bo gdyby Jaylenowi stało się coś poważnego, coś co wyeliminowałoby go z gry w tym sezonie, to akceptacja takiego faktu, w takim momencie rozgrywek, kiedy zespół po przerwie na All-Star Weekend gra naprawdę świetną koszykówkę i widać, że włączył wyższy bieg, byłaby najzwyczajniej niemożliwa.

Trudno w ogóle uwierzyć w to, że Brown wyszedł z tego „tylko” z wstrząśnięciem mózgu. Z ogromną siłą zleciał na parkiet w nienaturalnej pozycji i przez dłuższy czas nie ruszał prawą ręką, która przyjęła na siebie cały impet uderzenia, jednocześnie patrząc na nią nieco wzrokiem, który wskazywał na to, że jest w głębokim szoku. Myśli były najczarniejsze z możliwych, nie tylko wśród kibiców, ale też wśród samych zawodników Celtics – Kyrie Irving gryzł ręcznik, Greg Monroe miał łzy w oczach, a Horford ze zrezygnowania i wściekłości usiadł na boisku. Kilka minut później były już jednak dobre obrazki – Jaylen wstał o własnych siłach i w towarzystwie sztabu medycznego udał się do szatni. Jeszcze w trakcie czwartej kwarty pojawiły się pozytywne diagnozy, że nasz młodziak nie ma żadnych złamań. Najprawdopodobniej czeka go kilka meczów przerwy z uwagi na wpisanie do protokołu. Swoją drogą, dla niego kontuzja w drugim sezonie gry w NBA, w którym tak świetnie dojrzewa jako gracz jednego z topowych zespołów w stawce i ma realną szansę na walkę o The Finals, byłaby katastrofą.

To wszystko wydarzyło się w momencie, w którym Celtics po niemrawym początku drugiej połowy, kiedy na kilka minut stracili inicjatywę, zaczęli ponownie odskakiwać gospodarzom na dwucyfrowy dystans, grając perfekcyjnie po obu stronach parkietu. Można było mieć obawy jak na to wydarzenie zareaguje zespół – czy będą w stanie zachować odpowiedni poziom koncentracji i utrzymać myśli wokół boiskowych wydarzeń. Było z tym różnie, ponieważ Timberwolves w czwartej kwarcie zeszli z -18 na dystans ledwie pięciu punktów i mocno się rozpędzali. Ale w tym trudnym momencie duet Irving-Horford przypomniał sobie początek sezonu i wziął sprawy w swoje ręce – wspólnie zdobyli 17 z 21 ostatnich punktów drużyny i spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca.

Początek spotkania to krótkie, naprzemiennie serie punktowe. Ale już od tych pierwszych fragmentów widać było, że Celtics mają dobry pomysł na ten mecz. Horford kapitalnie neutralizował Karla-Anthony’ego Townsa, który pierwsze punkty zdobył dopiero w szesnastej minucie meczu, a w 1st half był ledwie na 6pts i 3reb. Co więcej, KAT szybko złapał dwa faule, a to znacznie odbiło się na jakości jego defensywy w pomalowanym. Ale bardziej chyba obawialiśmy się Andrewa Wigginsa, którego nagminnie podwajaliśmy i zupełnie nie pozwoliliśmy mu złapać rytmu do końca spotkania. Ale te podwojenia kosztowały nas wykreowanie dość nieoczekiwanie Nemanji Bjelicy, który jeszcze w 1Q trafił trzykrotnie zza łuku i finalnie to on stanowił największe zagrożenie ze strony gospodarzy – 30pts i nowe career-high. Ciekawe były też zabiegi Stevensa, który wykorzystał naszą dobrą postawę w paint. W efekcie często Celtowie stali w obronie daleko od obręczy, zostawiając kawał wolnego miejsca pod koszem, a następnie błyskawiczne zagęszczali półdystans, uniemożliwiając rozgrywającemu wchodzącemu w obręb łuku, dostarczenie piłki swoim wysokim partnerom – to kosztowało miejscowych aż pięć strat tylko w samej pierwszej połowie. Ryzyko więc się opłaciło, ale jedynie w 1st half, bo po zmianie stron Wilki niemiłosiernie punktowali nas właśnie spod kosza.

Dobrą pozycję do ataku obraliśmy już w końcówce pierwszej ćwiartki, którą zakończyliśmy runem 14:6 i uzyskaliśmy przewagę, której jak się później okazało nie oddaliśmy już do końca spotkania. Główną postacią w tym fragmencie był Marcus Morris, który podobnie jak w Houston, w pewnym momencie rozgrzał się do czerwoności i zaliczył dziewięć punktów z rzędu. W drugiej połowie nieco zgasł, ale i tak w ostatnim czasie Marcus staje się naszym rzeczywistym shooterem z ławki.

Irving jest w świetnej formie i choć na początku trzeciej kwarty kompletnie zniknął z radarów, to ostatecznie miał kapitalną linijkę 23/7/8/2. Początkowo miał problemy ze skutecznością, ale mecz skończył z 9/15FG, trafiając szczególnie w czwartej kwarcie rzuty wybitne – floater z lewej ręki, step-back na mid-range i baseline fade away, a to wszystko w niespełna dziewięćdziesiąt sekund!

Mecz w Chicago był dobrym prognostykiem dla Horforda. Dominikańczyk był bezbłędny po bronionej stronie, a w ofensywie znowu stanowił zagrożenie dla rywali – 20/8/6 i +13 PER – takie wskaźniki bardzo lubimy i takiego Ala chcemy oglądać w każdym meczu. Towns wyglądał na totalnie zagubionego, kiedy tylko pojawił się naprzeciwko niego Horford. I w zasadzie tylko raz udało mu się go ograć, kiedy świetną pracą nóg wraz z pompką w trzecim tempie wypuścił sobie Ala w powietrze, ale i tak nie udało mu się tego zamienić na punkty.

W obronie bestią był Smart, który grał na takim poziomie zaangażowania, jakby był to Game 7 Conference Finals – kilka razy rzucał się na parkiet i przerywał akcję Wilków. Przekonał się o tym m.in. Jamal Crawford, który w 4Q przejął rolę lidera i wspólnie z Bielicą ciągnął zespół, ale od momentu, w którym Smart w fenomenalny sposób wybił mu piłkę z rąk na dwie sekundy do końca akcji, nie miał już wiary w sukces i myślami poszedł do szatni. Marcusa kibice w Minneapolis będą wspominać raczej pozytywnie, bowiem na cztery sekundy przed końcową syreną spudłował dwa rzuty osobiste, dzięki czemu fani Wilków na następnym meczu dostaną darmowe…mrożone jogurty.

Terry Rozier zanotował piętnasty! z rzędu mecz z co najmniej dziesięcioma punktami i miał dwa ważne rzuty dystansowe. Ale wystrzelił nam w tej drugiej części rozgrywek! Z kolei Jayson Tatum na swoim poziomie (12pts, 4/8FG, 5reb). Słabiej wypadli Aron Baynes, Monroe i Daniel Theis, którzy w bezpośredniech pojedynkach nie mogli znaleźć recepty na Taja Gibsona (18pts, 8/10FG).

Celtics kontrolowali ten mecz od ósmej minuty i mimo kilku słabszych, ale krótkich momentów, tj. w 3Q kiedy nie potrafiliśmy zapunktować przez sześć posiadań z rzędu, mogli się bardzo podobać. Bostończycy trafiali na prawie 50% skuteczności z gry i grali zespołowo, a w całym meczu rozdali 28 asyst – aż dziesięć z nich w 1Q. Remisowo również walka na tablicach, co przed meczem budziło naszą obawę.

Wygrana melduje nas oficjalnie w PlayOffs. To była rzecz jasna tylko formalność, ale właśnie w Target Center stało się jej zadość. Dalej walczymy z Raptors o pierwszy seed. Ci już dziś grają hit z Rockets. Z kolei naszym kolejnym rywalem będą Pacers, z którymi mamy co nieco do wyrównania.