Celtics wracają w Londynie!

Wszyscy szczęśliwcy, którzy zasiedli wczoraj na trybunach O2 Arena w Londynie zobaczyli chyba powoli klasyczny w tym sezonie scenariusz meczowy. Podopieczni Brada Stevensa przez pierwsze dwadzieścia minut wyglądali katastrofalnie, ale jeszcze przed przerwą rozpoczęli swój kolejny comeback, zakończony odrobieniem z dużą nawiązką dwudziestu dwóch punktów! Po znakomitej patii w drugiej połowie, w której Celtics przeważali na tablicach i trafiali na poziomie 58% z gry, notując przy tym 9/17 zza łuku i dali swoim europejskim fanom wiele powodów do radości i świętowania, ostatecznie nieoczekiwanie bez większych problemów wygrywając z ekipą Philadelphia 76ers wynikiem 114:103.

BOXSCORE

Przez te pierwsze półtorej kwarty zapewne wielu przez głowę przeszły myśli współczucia dla tych, którzy przemierzyli tyle kilometrów, aby zobaczyć swoich ulubieńców. Pewnie również ci obecni na trybunach londyńskiej hali byli mocno rozczarowani. Kilka dni przerwy, kilkugodzinna podróż przez Atlantyk oraz zmiana strefy czasowej sprawiły, że Celtics bardzo długo nie mogli wejść w to spotkanie. Od początku nasza gra wyglądała słabo i tylko świetna zmiana Marcusa Morrisa sprawiała, że po pierwszej kwarcie mieliśmy ledwie pięć punktów straty. Ale w drugiej ćwiartce nie dysponowaliśmy już żadnym argumentem, aby trzymać dystans do 76ers, którzy przez sześć minut pozwolili nam na zdobycie ledwie czterech punktów i błyskawicznie odskoczyli na +22.

Nastroje były paskudne – Celtics byli ospali i statyczni po obu stronach. Akcje ofensywne przypominały raczej koszykarską improwizację, aniżeli realizację trenowanych zagrywek. No może z wyjątkiem dwóch ATO rozegranych najpierw na Arona Baynesa, który zakończył akcję skutecznym hakiem po czasie przy stanie 2:9, a później na ustawionego w narożniku Terry’ego Roziera w końcówce pierwszej kwarty. Jayson Tatum i Rozier pudłowali nawet proste lay-upy, a Kyrie Irving przez dłuższą chwile musiał otrząsnąć się po mocnej czapie od Joela Embiida. Właściwie na palcach jednej ręki można policzyć nasze dobre akcje pod bronionym koszem, a jedną z nich był przechwyt na Dario Sariciu, wokół którego błyskawicznie znalazło się czterech naszych graczy, odcinając mu jakąkolwiek drogę oddania piłki do partnera.

Brakowało nam jakiejkolwiek organizacji gry z czego do bólu korzystał duet J.J. Redick-Ben Simmons. Pierwszy seryjnie trafiał zza łuku, nawet na pierwszy rzut oka ekwilibrystyczne rzuty z rogu w lecącym stylu Lou Williamsa. Z kolei ten drugi potwierdzał, że już w jednym ręku trzyma statuetkę dla Rookie of the Year i co chwila świetnie wykorzystywał swoje warunki fizyczne w starciach w pomalowanym. Do tego dużo zamieszania na parkiet wnosił TJ McConnell, który zbyt łatwo mijał szybkim kozłem naszą pierwszą linię obronną i wchodził w obręb luku.

Ale na cztery minuty przez przerwą Celtics dość nieoczekiwanie złapali wiatr w żagle. Zaczął funkcjonować nasz atak, w którym ograniczyliśmy proste błędy. Tym samym Celtics zrobili run 15:3 i jeszcze przed zmianą stron zniwelowali dystans do dziewięciu oczek. Duża w tym zasługa Jaylena Browna, który pierwszą część zakończył z dorobkiem 14pts, przy skuteczności 5/7FG.

Można było już chyba przeczuwać co się święci – Celtics w trzeciej kwarcie zagrali koncert. Byliśmy zdecydowanie agresywniejsi, bardziej zmobilizowani i mobilni, a w konsekwencji piłka zaczęła świetnie chodzić z rąk do rąk i przede wszystkim zaczęły wpadać rzuty dystansowe (6/10 w 3Q). Sygnał do kontynuowania pogoni dał Irving, który trzecią ćwiartkę zaczął od dwóch trójek. Dokładnie po sześciu minutach po przerwie podopieczni Brada Stevensa wyszli na pierwsze w meczu prowadzenie, którego nie oddali już do końcowej syreny. I to w jakim stylu – po akcji tercetu Irving-Horford-Theis, w której piłka wędrowała jak po sznurku i została zakończona przez Niemca dunkiem. Phila rozpaczliwie próbowała szukać swoich szans po koszem, ale nie była w stanie zatrzymać szalejącego Tatuma, który przejął show i w 3Q imponował łatwością wchodzenia w półdystans i ostatecznie zatrzymał swój licznik w kwarcie na 11pts.

W czwartej kwarcie Celtics osiągnęli nawet +19 i tylko ambitna postawa 76ers w końcowych fragmentach przeciwko drugiemu garniturowi Celtics sprawiła, że podreperowali nieco swój wizerunek. No właśnie, można znaleźć w tym meczu analogię do tego, co kilka tygodni temu wydarzyło się w Filadelfii, kiedy miejscowi w pierwszej połowie mocno zbili mistrzów, którzy podrażnieni sprowadzili ich na ziemię w drugiej połowie. Oglądając ten mecz miałem wrażenie, że ten comeback był przeprowadzony przez C’s jako coś naturalnego, oczywistego, a momentami z tak zaskakującym luzem i łatwością, że można było pomyśleć, że robią to od niechcenia.

W drugiej połowie Redick wystrzelał się z amunicji i zaliczył tylko trzy punkty, zaś Simmons nie miał już tak łatwo z naszymi zawodnikami z pozycji 1-2 i dopisał na swoje konto tylko cztery oczka. Celtics dominowali na tablicach, wygrywając walkę o zbiórki 46:37 i zanotowali aż siedemnaście punktów drugiej szansy. Ale kluczem do wygranej bez wątpienia była gra w ataku, która po zmianie stron wyglądała momentami wspaniale. Właściwie każdy z zawodników wnosił na parkiet jakość i prezentował wysoki poziom.

Obudził się chociażby Al Horford, który po słabym początku skończył z fajną linijką 13/8/7 i z nim na parkiecie, choć trudno w to uwierzyć biorąc po uwagę tak duży comeback, byliśmy aż +32! Brown miał jeszcze lepszy wskaźnik PER od Dominikańczyka (+34!) i zdobywając 21pts był najskuteczniejszym Celtem. Kyrie zagrał bez błysku, choć kilka razy starał się potańczyć na londyńskim parkiecie, ale brakowało w tym wszystkim efektywności. Nasz lider miał 20pts z dwudziestu rzutów, zapisano mu aż pięć strat, ale dołożył sześć zbiórek i siedem asyst. Tatum potwierdził, że bardzo chce zagrać w All Star-Game już w tym roku i chyba każdy marzy o tym, aby ten plan zrealizował, bo w zielonym jersey’u biega wielki, wielki, wielki talent. Rezerwowi tym razem do puli dodali 38pts, a połowę z tego dorobku zanotował Morris, którego chyba niepotrzebnie po raz pierwszy w tym sezonie poniosły emocje po starciu z Simmonsem, kiedy właściwie bez problemów kontrolowaliśmy spotkanie. Daniel Theis zawstydził blokiem Embiida, Rozier znowu harował w obronie i swoim wybieganiem robił wiele pożytecznych rzeczy, których nie można ująć w linijce statystycznej. Z kolei Marcus Smart chyba momentami za bardzo chciał pokazać się z dobrej strony.

Europejska przygoda Celtics zakończyła się siódmą wiktorią z rzędu, którą obserwowało wielu polskich fanów. O tym jak ważne było to wydarzenie niech świadczy fakt, iż na trybunach O2 Arena pojawili się najlepsi piłkarze zespołów z Premier League – Eden Hazard, Olivier Giroud czy Thibaut Courtois. Sama NBA starała się jeszcze bardziej podkreślić rangę wydarzenia i kapitalnym ruchem było zaproszenie wielkich m.in. Roberta Parisha i Dikembe Mutombo.

Obecnym w Londynie gratuluję fajnego meczu i świetnych wspomnień!

Więcej materiałów ze spotkania w Londynie zapewne już niedługo znajdziecie na kanale Timiego na YouToube – tutaj. Czekamy również na jego szeroką relację kulis wyjazdu na NBA Global Games w Londynie!