Celtics raz jeszcze lepsi od Sixers

Boston Celtics (19-4) bardzo szybko zbliżają się do pułapu 20 zwycięstw w sezonie. Po czwartkowym starciu z Philadelphia 76ers (12-9) już tylko jednej wygranej potrzebują, aby ten pułap osiągnąć. O krok bliżej są przede wszystkim dzięki bardzo dobrej i skutecznej grze Kyrie Irvinga, który zaliczył piąty w barwach Celtics mecz z ponad 30 punktami, tym razem zaliczając 36 oczek, co pozwoliło Zielonym odeprzeć Szóstki. Nie był to dla Bostończyków łatwy mecz i widać, że drużyna złapała lekką zadyszkę po tym znakomitym starcie, natomiast koniec końców liczy się to, że Celtowie mogą dopisać sobie kolejne zwycięstwo do rubryczki i nieważne, że Sixers grali bez Joela Embiida, a i tak długo się w tym starciu trzymali.

Nieważne oczywiście w kontekście samego bilansu, bo zwycięstwo to zwycięstwo. Ale fakt faktem, że Celtics znów mieli ogromne problemy z dbaniem o piłkę i oddali sporo posiadań. Podobnie jak w Filadelfii, popełnili mnóstwo strat i prostych błędów, szczególnie w pierwszej połowie. Dodatkowo, goście nawet grając bez Embiida byli w stanie zdominować Celtów na tablicach, zbierając więcej piłek ogółem i aż dwa razy więcej piłek w ataku (15 do 7), co dało drużynie Bretta Browna sporo ponowień. Dobrze przynajmniej, że w obronie było solidnie.

Celtics wyszli ustawieniem z Baynsem na centrze i Brad Stevens najprawdopodobniej dobrze widzi, że Marcus Morris w pierwszej piątce to trochę kotwica pod względem defensywnym. Pokazują to statystyki, w których wyraźnie widać, że ustawienie z Morrisem w wyjściowym składzie spisuje się znacznie gorzej po bronionej stronie parkietu. Morris został więc w czwartek oddelegowany na ławkę, ale jako rezerwowy spisał się znakomicie (17/5/3 i plus-13 w 28 minut gry) i szczególnie duże brawa za sporo dobrych akcji pod koniec trzeciej kwarty.

Ale największe brawa powinien zebrać oczywiście Kyrie Irving, który po raz kolejny w tym sezonie nieźle się pobawił na parkiecie. Zdobył aż 36 punktów z ledwie 21 rzutów i trafił pięć na osiem trójek, będąc podporą bostońskiej ofensywy. Już do przerwy miał 20 punktów, a niesieni jego energią Celtics w dobrym stylu zakończyli drugie 12 minut i wyszli wtedy nawet na 10-punktowe prowadzenie, schodząc do szatni z wynikiem 54-44. To było bardzo dobre zakończenie udanego listopada dla Irvinga, który ma za sobą pierwszy pełen miesiąc w Bostonie.

To też Irving punktował w czwartej kwarcie, świetnie wykładając też piłkę takim graczom jak Al Horford (21/8/5/2, czyli bardzo dobra odpowiedź na poprzedni słabszy mecz) czy Jayson Tatum – ten ostatni mierzył się z bezpośrednim rywalem do nagrody dla debiutanta roku i sami sobie odpowiedzcie, kto ten pojedynek wygrał: Tatum i jego 15 punktów, 6/11 z gry, 2/3 za trzy, dwie zbiórki, dwie asysty, dwa przechwyty i zwycięstwo czy Ben Simmons i jego 15 punktów, 6/14 z gry, sześć zbiórek, siedem asyst, pięć przechwytów, pięć strat i przegrana.

Warto dodać, że w ostatniej kwarcie Celtowie zdobyli game-high 32 punkty, z czego 23 punkty zdobyło właśnie trio Kyrie-Horford-Tatum. Słabsze spotkanie zaliczył tym razem Jaylen Brown, który wyglądał tak, jak gdyby to był jego rookie-sezon. Tylko dwa punkty, 1/6 z gry i aż cztery straty. Był też jedynym minusowym dla Celtics graczem w tym meczu. Z ławki solidne wsparcie dał przede wszystkim Daniel Theis (cztery punkty, osiem zbiórek, trzy bloki). Marcus Smart był 2/6 z gry, miał osiem asyst i sześć strat, a i tak był najlepsze w spotkaniu plus-15.

Boxscore ze spotkania tutaj, więcej wideo tutaj. Następny mecz w sobotę o 19:00 czasu polskiego!