Bradley nigdy nie będzie PG

  • by
  • Wpisy

Avery Bradley rozpoczął cztery pierwsze spotkania tego sezonu na pozycji rozgrywającego. Celtics wszystkie te cztery spotkania przegrali. Coach Brad Stevens zdecydował się po czwartej kolejnej porażce zmienić nieco ustawienie i do pierwszej piątki kosztem Geralda Wallace’a włożył Jordana Crawforda, który zajął miejsce Bradleya. Od tego momentu Celtics wygrali trzy spotkania z rzędu. Nie należy przesadzać z wyciąganiem wniosków, ale prawda jest taka, że od czasu wejścia do pierwszej piątki Crawforda jeden zawodnik zaczął grać zdecydowanie lepiej. I tym zawodnikiem jest właśnie Avery Bradley, który o wiele lepiej czuje się jako off-guard aniżeli playmaker. Najlepszy tego przykład widzieliśmy także w spotkaniu z Miami Heat.

Ostatnio na czacie poruszony został temat tego, kto z dwójki Rajon Rondo – Avery Bradley jako pierwszy opuści Boston. Argument za takim posunięciem był prosty – dwójka niegrożąca rzutem nie może grać obok siebie. Sęk jednak w tym, że ja osobiście nie zgadzam się z tym, że żaden z tej dwójki nie grozi rzutem. Rondo już w tym momencie jest solidnym rzucającym i miejmy nadzieję, że kwestią czasu jest, gdy przeciwnicy zaczną respektować jego rzut i przestaną go odpuszczać. Ciekawie będzie zobaczyć, jak ten rzut Rondo będzie wyglądać po jego powrocie i czy treningi z Ronem Adamsem rzeczywiście coś dały (a podobno Rondo na treningach z rogów trafia po 15, 16 rzutów na 20 prób – ale to tylko treningi).

Bradley nie miał łatwego wejścia do ligi i dopiero tegoroczny preseason był dla niego pierwszym takim obozem przygotowawczym. Nie obyło się jednak bez kolejnych problemów (większych – jak śmierć matki, czy mniejszych – jak lekki uraz małego palca), ale koniec końców Bradley w końcu mógł solidnie przepracować okres letni. Mówiło się, że próbował też stać się lepszym rozgrywającym, ale początek sezonu regularnego boleśnie zweryfikował te próby. I nie chodzi tutaj o to, że Bradley jest tragicznym rozgrywającym (bo aż tak źle nie jest, ale nie jest też nawet solidnie czy przeciętnie), ale bardziej o to, że Bradley jest po prostu bardzo nieefektywny, gdy gra jako jedynka, a nie jako dwójka.

Dość powiedzieć, że w tych pierwszych czterech spotkań ofensywny rating (punkty zdobywane na 100 posiadań) Celtów wyniósł ledwie 86.7, gdy Bradley był na parkiecie, a gdy Bradley z parkietu schodził to rating ten dramatycznie wzrastał do aż 105.4, co pokazuje jak słabo z Bradleyem jako rozgrywającym spisywali się Celtowie w ataku. W tych czterech spotkaniach Bradley bardzo często tracił też piłkę (średnio 3.8 strat na mecz) i z nim w grze Celtowie byli -22. Tymczasem od momentu wejścia do pierwszej piątki Crawforda te statystyki diametralnie się zmieniły – ofensywy rating z Bradleyem na parkiecie w trzech wygranych z rzędu spotkaniach wynosi 101.6, a bez niego to już 100.3, co jest bardzo dobrym trendem dla 22-latka. Dodatkowo, średnia strat spadła do ledwie 1.3 na mecz, a skuteczność z gry podniosła się o aż osiem procent.

Łatwo jest bowiem zapomnieć, że jeszcze na początku sezonu akademickiego 2009/10 to właśnie Bradley był na pierwszym miejscu rankingu najlepszych prospectów w kraju ze swojej klasy wiekowej. Łatwo też zapomnieć, że większość raportów scoutów zaczynała się od takich słów:

„Wybuchowy strzelec.”

„Strzelec w każdym tego słowa znaczeniu.”

„Jego największą zaletą w ofensywie jest zdolność do rzucania z dystansu.”

I to widzieliśmy w spotkaniu z Miami Heat, kiedy to Bradley zaliczył najlepszy chyba mecz w sezonie, zdobywając season-high 17 punktów na dobrej skuteczności (8/14), dokładając do tego dwie zbiórki, asystę i nie tracąc piłki ani razu. Jeśli spojrzymy głębiej to okaże się, że Bradley był w tym meczu niesamowicie efektywny, zdobywając 1.214 punktu na posiadanie, co jest wynikiem bardzo dobrym. Warto też dodać, że Avery miał wielką czwartą kwartę, kiedy to trafił wszystkie cztery oddane rzuty w sześciu ostatnich minutach gry, walnie przykładając się utrzymania Celtów w grze, a więc mając też swój wielki udział w tym zaskakującym zwycięstwie na trudnym terenie rywala.

Spośród tych czterech rzutów tylko jeden był oddany po wjeździe pod kosz, ale nawet ten rzut był efektowny, gdyż Bradley rzucał pod przymusem czasu, a idealnie mierzona piłka o centymetry minęła próbującego blokować Bosha. Pozostałe trzy rzuty – catch-and-shoot, trójka z lewego skrzydła oraz step-back po pięknym crossoverze na Rayu Allenie (na ledwie 39.4 sekundy przed końcem) pokazały, iż Bradley rzeczywiście potrafi tym strzelcem być. Poniżej skrót z tego meczu, warto obejrzeć:

Oczywiście, to tylko jeden mecz, ale przecież już w przeszłości (dalekiej bardzo, skoro mówimy o czasach, gdy Ray Allen był jeszcze Celtem) Bradley wielokrotnie udowadniał, że potrafi punktować z dalszych odległości, będąc bardzo efektywnym, jak choćby w drugiej połowie sezonu 2011/12. Niestety prawda jest taka, że granie na pozycji rozgrywającego mu nie służy i wydaje się, że to właśnie Bradley zyska najwięcej po powrocie na parkiet Rondo (vide ich współpraca właśnie na przełomie marca/kwietnia 2012). Wydaje się też, że do momentu powrotu 27-latka coach Stevens nie zdecyduje się już wystawiać Bradleya jako jedynki, gdyż nie jest to dobre ani dla samego zawodnika, ani też dla całego zespołu.

A przecież rozwój Bradleya jest w interesie właśnie całej drużyny. By jednak się rozwijać musi on grać na swojej nominalnej pozycji, gdzie czuje się najbardziej komfortowo i może pokazać, co tak naprawdę potrafi. Jego wpływ na drużynę po bronionej stronie jest nieoceniony i już w zeszłym sezonie Bradley został przecież doceniony wyborem do drugiej piątki najlepszych obrońców na koniec sezonu. Aby jednak nie stał się on graczem jednowymiarowym to teraz musi także udowodnić, że może mieć pozytywny wpływ na grę po atakowanej stronie. A nie udowodni tego, grając jako rozgrywający, lecz właśnie jako off-guard.