#512 Bostoński Tygodnik

Niedziela, czyli czas na Bostoński Tygodnik, gdzie porozmawiamy nie tylko o Bostonie, ale o NBA. Dziś kolejny odcinek, w którym porozmawiamy o naszej drużynie. Jak zawsze będzie to zbiór myśli ważnych, mniej ważnych, kompletnie nieistotnych . Zawsze dobrze jest pogadać, poplotkować i zostawić coś po sobie. Taki bonusik od nas dla was – bo “Dzień Święty należy Święcić”.

[Adrian] Druga porażka pod rząd stała się faktem. 3 dni wolnego nie wpłynęło dobrze na drużynę, a do meczu z Miami znowu mamy 3 dni wolnego. Nie chcę być złym prorokiem… ale lenistwo nas usypia. A porażka zasłużona, jak się nie trafia i nie jeździ na dupie, to wygrać nie można – nawet jak ma się w składzie Jaylena Browna.

[Timi] Trochę nas te przerwy wybiły z rytmu – to fakt. Nie wiem, czy to lenistwo, bo w tych dniach nareszcie jest czas na treningi, a wcześniej tego czasu po prostu nie było. Natomiast byliśmy wcześniej już w bardzo fajnym rytmie meczowym, no i zostaliśmy z tego wybici. Choć samo spotkanie przeciwko Pistons było dobre. Ekipa z Detroit to teraz bardzo trudny rywal, tym bardziej że ma dużą przewagę nad nami pod koszem. I w takich spotkaniach tym bardziej widać, że choć granie niskim składem przyniosło nam ostatnio sporo dobrego, to jednak tej jakości brakuje, gdy gramy z tego typu przeciwnikiem.

[Adrian] Na plus –  Brown i White dali koncert, ale też nie przez cały mecz, bo Derrick w pierwszej połowie był mało aktywny. Ciągnął drużynę w ostatniej kwarcie, ale niewiele z tego wyszło. Wygraliśmy tylko pierwszą kwartę, a to nigdy nie kończy się dobrze. 12 otwierających minut, to tylko 12 minut – mecz trwa 48. Bardzo dobre minuty Gonzaleza, szkoda że tylko kilkanaście.

[Timi] Brown po spotkaniu wziął winę na siebie. Lider. Bo ja wcale nie uważam, że dał za mało. Okej, te przestrzelone rzuty wolne bolały, tak samo jak kilka strat, ale poza tym rozegrał kolejny bardzo dobry mecz. W defensywie dał chyba nawet więcej niż zwykle. Trudno mieć do niego pretensje, kiedy inni nie dojeżdżają. No ale dobrze wiemy, jaki jest JB i że ta jego pokora to jest jedna z najważniejszych jego cech, która pozwoliła mu też dojść do takiej pozycji.

[Adrian] W przypadku Browna nie zawsze można dawać z siebie 150%. Miał słabsze mecze i jakoś się pokulało, ale tak jak piszesz, nie może pół drużyny nie dojechać. Jednak z tych 7-8 zawodników w ścisłej rotacji, musi dojechać 4-5, żeby to klikało – jak dojedzie 2-3 to nie ma szans na zwycięstwo.

[Timi] Tak, bo to jest też ten temat, o którym pisaliśmy wcześniej w tym sezonie, a mianowicie, że zmniejszył się nam bardzo mocno margines błędu, no bo tej jakości jest mniej. Dlatego jak ławka nie dojedzie – tak jak na przykład w tym meczu przeciwko Pistons – to jest po prostu dużo trudniej. Natomiast finalnie i tak widzę trochę pozytywów po takim meczu, bo prawie do końca walczyliśmy z najlepszą ekipą w konferencji i drugie w tym sezonie zwycięstwo nad nimi było w zasięgu ręki.

[Adrian] Podobne wnioski ostatnio przedstawił Windhorst – zespoły nie są zainteresowane wymianami po stare i drogie gwiazdy, bo w dobie wszystkich apronów, priorytetem jest silna ławka rezerwowych. Głębia ławki to coś, co często decyduje o sile zespołu. Przecież pomiędzy największymi gwiazdami NBA nie ma przepaści, a nikt już nie jest w stanie zgromadzić wielkiej plejady gwiazd. Przykład z Phoenix pokazuje dobitnie, co się liczy – oni grają teraz lepiej, niż w czasie ostatniego pseudo Big3.

[Timi] Z jednej strony tak, ale z drugiej strony oni z tą głęboką ławką tak czy siak nie zrobią wyniku w fazie play-off. Musisz być i mocny u góry, i na dole – tak jak ostatni mistrzowie, czyli Celtics i Thunder, bo i my, i oni w swoich mistrzowskich sezonach mieli nie tylko głębię ławki, ale też mnóstwo talentu i tak naprawdę kilka gwiazd. Ale tu jest właśnie całe sedno problemu, bo nie jest łatwo tak to spiąć finansowo. Nam się udało, Thunder też to zrobili, a tacy Suns wydawali w sumie rekordowo dużo, ale zdecydowana większość to była na trzech tylko graczy. No i po raz kolejny potwierdzili w ten sposób, że tak się wygrywać po prostu w NBA nie da.

[Adrian] Na minus – w czwartej kwarcie Queta jak i Pritchard nadawali się tylko na wycieczkę pod prysznic. W sumie Pritchard to w całej 2 połowie zagrał katastrofę. Najłatwiej napisać, że cały ten mecz (wyłączając 1 kwartę i kawałek drugiej) to jeden wielki minus.

[Timi] Pritchard niestety nadal w większości mniej lub bardziej zawodzi. Poza tym meczem w Cleveland, gdzie rozegrał fantastyczne zawody, nie ma za wiele naprawdę dużych błysków. A przydałoby się, żeby regularnie nam te liczby dostarczał. White już na ten poziom z powrotem wszedł, ale na Paytona cały czas jeszcze czekamy.

[Adrian] Uwag kilka – bylismy na 3 miejscu, ale nadal nie jest źle – tylko jak przegramy kolejny mecz z Miami, to najprawdopodobniej wylądujemy na 9 miejscu. Tydzień temu pisałem, jak bardzo mały jest mały margines błędu na Wschodzie i właśnie tego doświadczamy. Jeden mecz może zrobić różnicę.

[Timi] Tak naprawdę tylko Knicks oraz Pistons już odskoczyli, ale reszta stawki? Drużyny z miejsc 3-9 mają między 14 a 16 zwycięstw na swoim koncie. Rzeczywiście więc jest tak, że jedna seria zwycięstw (tak jak nasza w pierwszej części grudnia) albo pasmo porażek może wywrócić tabelę do góry nogami. Tym bardziej boli taka porażka w Milwaukee, szczególnie gdy Bucks ledwie kilka dni później dostają potężny łomot różnicą ponad 40 punktów od… Brooklyn Nets.

[Adrian] Wygrana nad Miami zawsze cieszy, no a przynajmniej cieszy od poczatku XXI wieku, gdzie ta rywalizacja nabrała kolorytu, gdy zameldował się tam Bronek. Tym razem Boston postanowił dodać gazu w drugiej połowie, bo w tym sezonie najczęściej w drugiej połowie, to bronimy przewagi z pierwszej. Fajna odmiana, gdy widzi się, że to Celtics rozszarpują rywala w ostatniej kwarcie.

[Timi] To prawda, sporo frajdy przyniosła ta czwarta kwarta, no bo złapaliśmy mocny wiatr w żagle, a łącznie aż 10 trafionych trójek w ostatniej odsłonie to nowy rekord klubu. Przez długi czas to był wyrównany mecz, aż do czwartej kwarty właśnie. White dał sygnał do ataku, potem poprawił Hauser, dla którego – oby –  to było przebudzenie, a swoje dołożyli też jeszcze inni, bo trójki trafiali też Brown, Gonzalez czy Simons.

[Adrian] Na plus – oczywiście White i jego 33 punkty, ale też 9 trójek na absurdalnej skuteczności. Oczywiście Brown, który nas już przyzwyczaja, że romansuje z tytułem MVP sezonu zasadniczego. Jednak prawie pól godziny na parkiecie Hugo Gonzaleza, to miód na moje zielone serduszko. 10 punktów, 8 zbiórek i 2 przechwyty – dzik, a nie dzieciak!

[Timi] White był FENOMENALNY. I to nie tylko trójki, ale też wszystko inne. Zbiórki, asysty i przede wszystkim bloki. Brown już nas przyzwyczaił w tym sezonie, że poniżej pewnego poziomu nie schodzi, a warto dodać, że w tym meczu przegonił Tommy’ego, jeśli chodzi o liczbę zdobytych punktów w koszulce Celtics. A co do Gonzaleza, to absolutnie się zgadzam. Twarz dziecka, ale w tym meczu pokazał naprawdę dużą siłę, głównie na tablicach. Świetna zmiana i cieszy, że buduje sobie u Mazzulli takie zaufanie.

[Adrian] Na minus – Walsh spudłował wszystkie rzuty zza łuku – do tej pory miał zaledwie 3 mecze gdzie tylko pudłował, razem oddając 4 rzuty – tym razem tyle spudłował w jednym meczu. Bywa. Pritchard powinien wrócić na ławkę – s5 mu nie służy. Lepiej mieć doskonałego zmiennika, niż słabego startera.

[Timi] Coś w tym jest niestety. I to też od początku sezonu było o tyle ciekawe, że przecież Pritchard był najlepszym zmiennikiem w lidze, a Simons w ostatnich sezonach grał jako starter. Można było oczywiście dać Paytonowi szansę, bo swoją grą w poprzednich latach absolutnie na to zasłużył, natomiast rzeczywiście na tym etapie spróbowałbym to zmienić i chociaż zobaczyć, jak by to wyglądało na odwrót, czyli Pritchard z powrotem na ławkę, a Simons do pierwszej piątki.

[Adrian] Uwag kilka – ważne są te bezpośrednie wygrane z zespołami, które też walczą o czołowe lokaty na Wschodzie. Dzięki tej, mamy 2 porażki mniej niż Miami i trochę odskoczyliśmy im w tabeli. Ten wyścig na Wschodzie będzie pasjonujący, bo jest dosłownie na milimetry – jedna zbędna porażka może zadecydować czy jest się rozstawionym w PO, czy trzeba walczyć o życie w Play In. To jeszcze raz podkreślę, że pomysł Silvera z tym mini turniejem, o dwa ostatnie miejsca w PO to absolutny sztos.

[Timi] No a zwycięstwo nad Heat cieszy podwójnie, bo choć historycznie to nie jest taki rywal dla Celtics jak 76ers czy Knicks, to jednak w ostatnich 15 latach tych pojedynków było sporo, więc zdążyliśmy już Miami całkiem znielubić.

[Adrian] Skoro tak mało gramy w tym tygodniu – to warto rzucić okiem na tabele konferencji. Najpierw Wschód – po tych 30% sezonu zasadniczego pozytywnie zaskoczyły drużyny Detroit i z Toronto. Jedni są liderem tabeli, a drudzy w czubie.  Pamiętam jak pisałem, że Tobias Harris to dla nich brakujący element, żeby wejść do grona poważnych drużyn i to się stało. Cade dorasta, a Tobias pokazuje, że jest naprawdę dobrym wetsem. Ja wiem, że zarabia dużo, ale my płacimy więcej Simonsowi.

[Timi] Pistons mieli być mocni, ale chyba nikt się nie spodziewał, że aż tak. Latem trochę zmian tam jednak było, a przecież taki Malik Beasley to był bardzo ważny element tego zespołu w ubiegłym sezonie. I co? I w sumie to nie widać, żeby jakoś mocno za nim tęsknili. Co więcej, Jaden Ivey też nie spisuje się wcale super, tak więc są tam jeszcze jakieś rezerwy. Co do Raptors, to tutaj też spore zaskoczenie, choć druga część poprzednich rozgrywek pokazała, że nie będą chłopcami do bicia. No i nie są. Dużo też robią jednak trenerzy – w przypadku obu tych zespołów. Bickerstaff i Rajaković to naprawdę utalentowani fachowcy.

[Adrian] Ivey wygląda po prostu słabo – 23 latek wybrany z 5 w drafcie, to już powinien zacząć zachwycać, tymczasem on gra słabo. Nikt mu nie da 30 minut na mecz, gdy się wygląda słabo. Po urazie zagrał kilkanaście meczów i na razie nie widać progresu. Pistons inwestują minuty w Hollanda, który ma lat 20 i fajnie rokuje – nie ma tu zaskoczenia.

[Timi] Przy czym Ivey w ubiegłym sezonie – do momentu kontuzji na przełomie roku – grał naprawdę znakomicie. Niestety ten uraz wybił go z rytmu, potem pojawiły się kolejne problemy przed startem trwających rozgrywek, no i dziś po tamtych dobrych występach Iveya rzeczywiście zostało już tylko wspomnienie. Zobaczymy, co Pistons będą chcieli zrobić na rynku transferowym, bo było słychać, że mogą iść np. po Anthony’ego Davisa – teraz to już się wydaje mniej prawdopodobne, ale przy takim wyniku mogą jednak spróbować zrobić większe ruchy i poszukać wzmocnień, jeśli uznają, że może im to pomóc w walce o bycie “jedynką” na Wschodzie. I to nie tylko po fazie zasadniczej.

[Adrian] Rozczarowanie na Wschodzie to Bulls i Bucks. Jedni zaczęli świetnie sezon i wydawało się, ze wreszcie wracają na właściwe tory, ale potem przyszła rzeczywistość i kopią się po głowie. Bucks to spektakularna katastrofa – wizerunkowa (po zwolnieniu Lillarda), no i sportowa, bo walczą o 10 miejsce z Chicago. Jak odejdzie Giannis to mają spaloną ziemię, bo sporo picków do 2030 roku rozdali, albo zgodzili się na swap.

[Timi] Bardzo jestem ciekaw, jak to się wszystko dalej potoczy w Milwaukee, no bo Bucks w sumie czekają tylko na sygnał od Giannisa, a ten z jakiegoś powodu jeszcze tego sygnału im nie daje, że chce odejść. I dlatego cały czas słychać, że w sumie to Bucks spróbują na rynku jednak być kupującym, a nie sprzedającym, ale jeśli najczęściej łączone z nimi nazwisko to Zach LaVine, no to trudno mówić o jakiejś pozytywnej zmianie.

[Adrian] Jak nie masz picków, to Kuzmy nie zamienisz na Doncicia, tylko ewentualnie na LaVine’a. W sumie żadna drużyna nic nie ryzykuje, bo i tak jest w czarnej… dziurze. Zabawne jest to, że Kings teraz dochodzą do wniosku, że LaVine i DeRozan do siebie nie pasują :D Nie pasowali do siebie już w Chicago, to po co było to sprawdzać w Sacramento?

[Timi] Tego chyba nawet w Sacramento nie wiedzą, no ale tam poza tym jednym sezonem to od wielu lat niewiele wiedzą. Powoli można już chyba mówić, że te rozgrywki, w których Kings awansowali do fazy play-off po latach przerwy – przerywając najdłuższą serię w historii NBA – to był w jakimś sensie cud. Cud, że tak wiele rzeczy innym poszło źle, że aż Kings poszło dobrze.

[Adrian] Pozytywne zaskoczenie na Zachodzie to San Antonio i Lakers. Jedni opierają grę na Wembym, który przecież ma dopiero 21 lat, a Lakers jedynie na Donciciu. Bronek więcej nie grał, niż gra a i tak jego 17 punktów na mecz, na bardzo przeciętnej (jak na niego) skuteczności, dupy nie urywa. Jednak i jedna, i druga drużyna, wygląda po prostu dobrze.

[Timi] Nie do końca tak jest, bo Wemby też sporo w tym sezonie już pauzował i niestety do tej pory w jego karierze też już tych problemów zdrowotnych trochę było. A mimo to Spurs sobie bardzo dobrze radzą. Talentu tam jest mnóstwo – tyle, że Jeremy Sochan w zasadzie wypadł już z rotacji – a weterani też robią swoje. Lakers z kolei są oczywiście drużyną Luki, ale Austin Reaves odwala kapitalną robotę w tym sezonie i ciągnie w ten sposób także moją drużynę fantasy w naszej lidze.

[Adrian] No pauzował, ale tam jest o tyle ciekawie, że początek sezonu pauzował Fox, a jak wrócił to urazu doznał Wemby – no i to wszystko klika pomimo tych absencji. Tylko uważam, że cały system Spurs jest zbudowany wokół Francuza, a Fox to tylko pomocnik – świetny w tym systemie, ale pomocnik. Sochan ma 22 lata i wypadł z rotacji, w dodatku wcześniej też nie rokował jakoś fantastycznie. Trafiały mu się dobre mecze, ale systemu nie rozwalał. Przez trzy poprzednie sezony nie było skoku jakościowego – nie wypracował dobrej trójki, nie dominował na tablicy. To zawodnik który w każdym elemencie jest dobry, lub dostateczny, ale w żadnym bardzo dobry lub doskonały. To może być jego ostatni sezon w  NBA.

[Timi] Wiesz, skoro taki Josh Minott może znaleźć sobie szansę po kilku latach grania ogonów w Minneapolis, to czemu nie Jeremy Sochan, który przynajmniej w teorii ma dużo lepsze warunki do grania i po prostu dużo większy talent. Myślę, że jest co najmniej kilka drużyn w tej lidze, które pomyślą sobie, że one mogą z Sochana wycisnąć więcej. I nie miałbym wcale nic przeciwko, żeby w tym gronie byli też Celtics, natomiast wiele zależeć będzie oczywiście od finansów. Przy czym no teraz Sochan nawet za bardzo nie ma jak pokazać swojej wartości i jak tak dalej pójdzie, to walka będzie nie tyle o wysoki kontrakt, co po prostu o kontrakt w NBA.

[Adrian] Tu nawet nie ma dyskusji – Sochan jedyny kontrakt jaki może dostać, to minimalny. Pozostaje jeszcze kwestia ambicji – czy wybierze bezpieczne 2,5 mln w NBA, czy dużą rolę w Europie, za pewnie trochę mniejsze pieniądze. Ja bym nie porównywał sytuacji Minotta z sytuacja Sochana. Josh w Wilkach dostawał po 6 minut na mecz, a Sochan nawet po 30 w San Antonio. Czy chciałbym Jeremiego w Bostonie? No pewnie – u nas miałby swoje miejsce na ławce i zobaczymy. W końcu słabiej od Bouchera grać nie może.

[Timi] Tylko że teraz Sochan mniej więcej takie właśnie ochłapy w San Antonio dostaje. Bo jak gra więcej, to nadal jest w stanie całkiem nieźle produkować. Natomiast to też jest tak, że jak trener cię wrzuca i wyrzuca z rotacji, no to nie jesteś za bardzo w stanie nabrać tej pewności siebie. I to po Sochanie niestety też widać. Ja go jeszcze absolutnie nie skreślam, tym bardziej że mówimy o zawodniku, który dopiero w maju przyszłego roku będzie świętował 23. urodziny. Sporo jeszcze grania u niego i wierzę, że to nastąpi w NBA – tylko chyba już nie w San Antonio, szczególnie że Mitch Johnson chyba nie wierzy w niego aż tak, jak wierzył w niego Pop.

[Adrian] Rozczarowanie – no Dallas i Clippers. Trudno powiedzieć kto większym – bo obie organizacje zmierzają prosto do koszykarskiego piekła. Irving kontuzjowany na długo, ale grę miał ciągnąć na razie Davis, no a okazał się typowym urazowym Davisem. Jedynie Cooper Flagg jest tam światełkiem w tunelu. Dla Clippers nie ma nadziei – ich pick dostanie OKC i to może być steal porównywalny z Brownem i Tatumem z picków Nets.

[Timi] Tak trzeba żyć – przecież te sezony, w których Celtics grali w finałach konferencji, a Nets tankowali niejako za nich, to było fantastyczne przeżycie. Można było ekscytować się nie tylko wynikami, ale też wyścigiem w ramach tankathonu. Natomiast na Zachodzie to ogólnie sporo jest tych rozczarowań. Mavs i Clippers to te oczywiste wybory, ale takie zespoły jak Warriors, Grizzlies czy Kings też liczyły na więcej. Czy to były podstawne nadzieje to już oczywiście inny temat, no ale humory tak czy siak na pewno niezbyt dobre w tych klubach.

[Adrian] Prawda to – na Zachodzie konkurencja w tej kategorii spora, tylko od Kings to w sumie już niczego dobrego się nie spodziewaliśmy. Ten The Last Dance GSW wygląda na razie słabo, ale też i mają problemy zdrowotne (które zaskoczeniem nie są). Butler chyba będzie musiał dalej szukać mistrzowskiego pierścienia, a i Horford drugiego nie upoluje.

[Timi] Poczekajmy jeszcze na ich ewentualne ruchy transferowe przed zamknięciem okienka, bo rok temu ten strzał po Butlera był bardzo dobry. Drużyna odżyła i w drugiej części sezonu Warriors byli jedną z lepszych ekip w lidze, a problemy zdrowotne dopadły ich dopiero w fazie play-off. No właśnie – w sumie pewnie nieważne, co zrobią, bo finalnie i tak zdrowie nie pozwoli im powalczyć w najważniejszych momentach rozgrywek.

[Adrian] The Athletic donosi, że Adam Silver w przyszłym roku ogłosi decyzję i ewentualne daty rozszerzenia ligi. Ponoć na placu boju pozostały tylko 2 realne oferty – Las Vegas i Seattle. W sumie zaskoczenia nie ma. Inaczej ma się sprawa z NBA Europe, bo tutaj pojawia się kilka znaków zapytania. Coraz więcej słyszy się, że NBA chce podążyć drogą amerykańska, czyli większość drużyn, to będa twory zbudowane od podstaw. Nie jestem pewien czy to ma rację bytu w Europie – tu świat kibiców rządzi się swoimi prawami. Na pewno sporo osób przyjdzie na takie mecze, ale nie ma co liczyć na zapełnianie 10 tysięcznych hal – bo nie oszukujmy się, ale najwieksze gwiazdy NBA grać tu nie będa. To, że na trybunach raz czy dwa zasiądą znane twarze, nie spowoduje gigantycznego zainteresowania.

[Timi] Trochę szkoda, że ten temat ekspansji został tak odłożony, ale dobrze, że wraca, choć na razie cały czas bez konkretów. Ja jestem bardzo ciekaw, jak to będzie wyglądać, a dwa nowe zespoły – oraz potrzebny do ich powstania tzw. expansion draft – mogą wprowadzić do ligi trochę świeżości. Co do NBA Europe, to z jednej strony rozumiem ligę, że samo NBA przyciąga, ale z drugiej strony jest dokładnie tak jak piszesz: to gwiazdy ściągają kibiców, więc pytanie, kto tam będzie grał i kto będzie stanowił o sile tej ligi. Na ten moment konkretów brak, więc trudno jest się ekscytować. Na pewno ekscytują się te miasta, w których nowe kluby mają powstać, ale poza tym? No jednak Europa to są troszeczkę inne realia niż USA.