#422 Bostoński Tygodnik

Niedziela, czyli czas na Bostoński Tygodnik, gdzie porozmawiamy nie tylko o Bostonie, ale o NBA. Dziś kolejny odcinek, w którym porozmawiamy o naszej drużynie. Jak zawsze będzie to zbiór myśli ważnych, mniej ważnych, kompletnie nieistotnych. Zawsze dobrze jest pogadać, poplotkować i zostawić coś po sobie. Taki bonusik od nas dla was – bo „Dzień Święty należy Święcić”.

[Adrian] Zaczynamy od meczu z Bykami. Łatwo nie było, ale my już o nic nie gramy, w dodatku wystąpiliśmy w okrojonym składzie, bo to mecz B2B i połowa podstawowego składu odpoczywała. Nie było jednak we mnie strachu – tak jak powinno się skończyć, tak się skończyło.

[Timi] Właśnie dzięki temu, że odpowiednio „opiekujemy się” kolejnymi rywalami, to dziś jesteśmy w takim miejscu, że pierwsze miejsce na Wschodzie już pewne i do kolejnych spotkań możemy podchodzić z nieco większym luzem. W tej chwili wyniki nie są już za bardzo ważne. Wszystko wskazuje na to, że będziemy też mieli najlepszy bilans w lidze, dlatego kolejne tygodnie można poświęcić na więcej odpoczynku dla podstawowych zawodników, ale też i na eksperymenty i różne rozwiązania taktyczne.

[Adrian] Na plus – nie grał Łotysz, to wszedł Kornet i zagrał naprawdę dobre spotkanie. Brissetta ostatnio krytykowałem, to zagrał dobry mecz, może nawet bardzo dobry – bo od niego nic nie wymagam. Horford w wersji znowu mam 21 lat.

[Timi] Kornet jako ten trzeci środkowy jest naprawdę świetną opcją, szczególnie po przerwie na Mecz Gwiazd. Zwrócił na to uwagę podczas transmisji także Scal, który dobrze zauważył, że Luke od kilku tygodni jest bardziej agresywny i po prostu bardziej pewny siebie, co przekłada się na jego znacznie bardziej skuteczną walkę na tablicach. A w tym meczu mierzył się z naprawdę trudnym rywalem, jakim jest Andre Drummond. No bo Vuc to w pewnym momencie miał już tak dość, że aż faul techniczny zarobił, gdy wściekły odbił piłkę o konstrukcję kosza.

[Adrian] Na minus – w meczu kompletnie o nic Jaden Springer dostaje 4 sekundy :D

[Timi] W tej chwili już do końca sezonu ta rotacja taka będzie. Raz zagra kilka sekund czy minut, a kiedy indziej dostanie ich ponad 20. Próbujemy różnych ustawień i różnych rozwiązań. Część zawodników gra, część odpoczywa, część się ogrywa i to będzie się teraz tak naprawdę zmieniało od meczu do meczu.

[Adrian] Uwag kilka – podoba mi się ta polityka sadzania połowy ekipy w takich meczach. Sezon zasadniczy dla nas się skończył – dalsza nadmierna eksploatacja zawodników nie ma sensu. Jednakże za bezpodstawny odpoczynek gwiazd liga może nałożyć karę do 100 tys dolarów, do 1 miliona. No to robimy to z głową i o to chodzi.

[Timi] Jesteśmy też w miarę spójni w tych naszych przedmeczowych raportach dot. kontuzji, dzięki czemu nie ma w zasadzie żadnego ryzyka, że ktoś się do czegoś przyczepi. No i bardzo fajnie, że jesteśmy w takiej pozycji, że możemy sobie na to pozwolić.

[Adrian] O meczu z Atlantą to najchętniej bym wcale nie rozmawiał – po co się denerwować kilka razy. No ale skoro 8 lat temu ten Tygodnik powstał i przez te 8 lat wypracowaliśmy pewną formułę, to trzeba się tego trzymać. Porażka nie ma żadnego znaczenia, bo już przed tym meczem zapewniliśmy sobie 1 miejsce na wschodzie. Gdybyśmy dostali 30 w ryj – napisałbym – LOL, ale chłopaki świętowali. Tylko problem w tym, że nie świętowali, bo prowadzili 30 punktami, a i tak dostali w ryj. Złożyło się na to wiele czynników, ale nawet jak zespół kogoś zlekceważy, pudłuje niemiłosiernie – to zawsze na końcu tego sportowego łańcucha jest trener, który powinien im ratować dupe. A Mazzulla jest jaki jest, ale o nim osobno.

[Timi] Wypadek przy pracy. Tylko tyle i aż tyle. Frajersko przegrany mecz, bo trudno pisać inaczej, skoro w pewnym momencie było 30 punktów na plusie, ale w większej perspektywie nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Takie powroty zdarzają się coraz częściej i niestety ten mecz znów nam przypomniał, że dziś w NBA żadna przewaga nie jest bezpieczna. Celtics na drugą połowę wyszli bez większej motywacji, no i stało się. Po raz ósmy w tym sezonie oddaliśmy w tym sezonie przewagę w czwartej kwarcie. I jest to jeden z najlepszych wyników w lidze, bo mniej takich wpadek mają tylko Thunder (6), Lakers (6), Mavericks (5) i Knicks (4). Co więcej, Mazzulla łącznie z poprzednim sezonem (17) wciąż ma mniej straconych przewag w czwartej kwarcie niż Udoka (18) w swoim jedynym sezonie w roli trenera Celtics.

[Adrian] Ja z tym jednym z najlepszych wyników w lidze bym się nie wychylał – bo te zespoły które przytoczyłeś, a które mniej mają takich wpadek – to potencjalni rywale do wygrania ligi. OKC czyli top na Zachodzie i NYK, którzy moim zdaniem będą najgroźniejszym rywalem naszym na Wschodzie (właśnie zdrowieją i mogą do PO przystąpić wyleczeni i wypoczęci, jedynie zrzuca rdzę w 1 rundzie).

[Timi] No ale to też pokazuje, że znacznej większości  drużyn w NBA takie wpadki zdarzają się znacznie częściej. Ba, nawet nam w sezonie, w którym dotarliśmy do wielkiego finału, zdarzyły się regularnie – i to tak, że byliśmy pod tym względem jednym z gorszych zespołów w lidze. Teraz jesteśmy w czołówce, ale od drugiej strony, czyli ten problem nie jest aż tak wielki.

[Adrian] Uwag kilka – nie bedzie plusów i minusów tym razem, bo to nie ma sensu. Bedzie kilka uwag o Joe. Oczywiście, że Joe dostanie zjebki – ale nie chodzi tylko o 3 kwartę. Od stanu 68-42 do stanu 78-75 on nie brał czasu – owszem, była przerwa bo to było na przełomie 2 i 3 kwarty, ale to nadal jest ZBRODNIA. Kończymy 2 kwarte kompletnie rozbici, 3 kwarte zaczynamy jeszcze gorzej i on czeka aż przewaga stopnieje do minimum. ZBRODNIA!! Jeszcze bardziej boli to o czym we wpisie na FB, że po timeoucie, robimy sporo punktów i trochę uciekamy. Jakby nie zaspał, to odskoczylibyśmy na bezpieczna odległość. Teraz 4 kwarta – Atlanta w połowie kwarty wychodzi na prowadzenie – 4 punkty, ale wyszli. Odpowiadamy, robi się remis i ich TRENER bierze czas. To niewiele daje, bo dalej umiemy odpowiedzieć, wychodzimy na prowadzenie i ich PAN TRENER robi challenge czyli bierze czas. No i potem nas jadą!! Schłodził nas dwa razy w 3 minuty – BO TEGO POTRZEBOWALI!! Minuta do końca meczu, przegrywamy 1 punktem – zamiast brać czas i rozpisać akcję, Brown wali cegłe za 3 punkty :D A warto wspomnieć, że do tego rzutu Browna, to w 2 połowie mieliśmy skuteczność zza łuku 1 z 14 i trafił tylko Ukrainiec. Nasz szeryf wziął czas jak było 9 sekund i 4 pkt w dupe :D TO JEST TAK GŁUPIE, ŻE TEGO NIE MOŻNA OGARNĄĆ!! Pritchard to był jedyny zawodnik, który grał jak człowiek w 3 kwarcie i cóż za zaskoczenie – w 4 kwarcie nie oddaje ani jednego rzutu. No kur… mać.

[Timi] Zarządzanie czasami mogło być lepsze w tym meczu, ale mnie bardziej martwi to, że znów spowalniamy w samej końcówce. Czasy mogą się przydać, ale nie będą decydować o wyniku spotkania. Mazzulla nie jest w tym mistrzem i nadal popełnia błędy, natomiast w przekroju całego sezonu można powiedzieć, że wypada w tym względzie solidnie, bo my jednak tych przewag nie tracimy wcale tak często. Dodatkowo już przy okazji naszej dyskusji na grupce FB przytoczyłem badania, które udowadniają to, co pisałem już jakiś czas temu: przerwy na żądanie nie są żadnym magicznym rozwiązaniem. Można by też powiedzieć: żeby tracić przewagi, to trzeba je mieć. To oczywiście druga strona medalu. Ale wracając do czwartej kwarty, no to pomimo faktu, że atak działał nieźle (i to pod nieobecność Holidaya oraz White’a), to wciąż nie podoba mi się to, jak spowalniamy tempo gry. Najlepszym przykładem ta cegła Browna, ale wcześniej nie popisał się też m.in. Tatum, który zaliczył bezsensowną stratę, gdy za długo wprowadzał piłkę na połowę Hawks.

[Adrian] Ja się absolutnie zgadzam, że czasy nie decydują o meczu spotkania, ale mogą decydować. To tak jak jedno pudło nie decyduje o wyniku spotkania, ale może zdecydować. To jest sport. Co do tych badań z Denver które przytoczyłeś – znowu się z nimi zgadzam i nawet nie zamierzam polemizować. Bo popatrz na ten mecz – trener Atlanty wziął w 4 kwarcie czas i nic to nie dało, to kilka akcji później robi challange, czyli bierze czas i tym razem drużyna wychodzi na parkiet odmieniona. Czyli skuteczność jest 50% – co potwierdza przytoczone badania z Denver. Nie zawsze się udaje, ale zawsze trzeba próbować. Sam przyznałeś, że w 4 kwarcie pierwszy czas Joe wziął za późno, a ostatni był znowu spóźniony, bo nie ustawił akcji Browna. To są takie detale, które decydują o wyniku. No i kolejny raz powołam się na Ciebie – bo kilka tygodników temu rozmawialiśmy też o czasach i przywołałeś statystykę NBA, gdzie Mazzulla ma najlepszy w lidze współczynnik punktów ATO. No i to się w tym meczu potwierdziło, bo jak już wziął czas to odskoczyliśmy – problemem jest to, że go wziął przynajmniej 1-2 akcje za późno.  A teraz z innej beczki – i znowu powołam się na Ciebie – jako przykład tracenia przewagi w 4 kwarcie dałeś mecz Lakers – Bucks, gdzie w trochę ponad 8 minut Bucks uwalili 19 punktów przewagi. Zdarza się, ale tenże obśmiewany Rivers w te 8 minut wziął 5 time outów (w tym jeden challange), zrobił wszystko żeby wygrać, ale nie pykło, bo nic – dosłownie nic – nie trafiali. Złego słowa na Mazzullę bym nie napisał, gdyby wychodził ze skóry jak Doc, no ale nie wychodził, a czasami stoi jak zahipnotyzowany. Nie rozumiem tego. A co do spowalniania gry – 1 kwarty gramy na 102 posiadania, 2 i 3 na 98, a  4 kwarty na 93 posiadania i jest to najgorszy współczynnik w lidze razem z Cavs.

[Timi] Okej, ale przykład Bucks pokazuje też, że czasem nawet to wychodzenie ze skóry nic nie pomaga. Mazzulla ogólnie jest zwolennikiem tego, żeby zawodnicy jak najczęściej rozwiązywali te problemy sami. Wiesz, kto jeszcze miał takie podejście? Phil Jackson. Tak, ten sam Phil Jackson, który ma więcej pierścieni mistrzowskich niż palców u rąk. Ale znajdziemy i takich trenerów, którzy w takich sytuacjach reagują, a drużyny pod ich wodzą też zdobywały mistrzostwa. Nie ma jednej reguły. Nie ma tak, że według tej szkoły będzie sukces, a według zasad innej nie będzie. Ja tylko pokazuje, że branie czasów nie jest jakąś magiczną siłą, która pozwoli ci wygrać mecz. I zgadzam się z tym, że Mazzulla nie jest w tym mistrzem i że nadal w wielu sytuacjach powinien był postąpić inaczej. Także w tym meczu z Hawks.

[Adrian] Phil Jackson miał w jednej ekipie Jordana, a w drugiej Kobasa z Shaqiem. Jak któryś z naszych asów wejdzie na poziom Jordana – to faktycznie Mazzulla może odpuścić sobie zagrywki. Koszykówka na tym poziomie jest tak złożoną grą, że każdy element jest ważny. Możesz powiedzieć – kozłowanie nie jest magiczną siłą, która zapewni sukces i Brown nie musi tego podciągnąć. To samo z zastawianiem przy zbiórkach, stawianiem zasłon w ataku itd. Żeby zdobyć mistrzostwo – każdy musi dać z siebie maksa. Nawet nie wspomnę naszego ostatniego Big3 z Piercem, Allenem i Garnettem, bo ktoś powie że byli już starzy. Popatrzmy na Miami Jamesa, Wade’a i Boscha ze Spolestrą. Oni byli w absolutnym prime z jednym z najlepszych trenerów w NBA, a jednak nie zawsze to klikało na tyle, żeby zdobyć pierścień. Jeśli myślimy o 18 banerze i kolejnych, to nie uda się to gdy Mazzulla nie umie pomóc drużynie czasem, a Tatum gra w clutch na 30%. To niemożliwe! Bo tacy wyjadacze jak Spolestra czy Malone nas zjedzą. I żebyśmy się dobrze zrozumieli – pomóc drużynie, to czasami jest tylko przerwanie walenia głową w mur. Tu wrócę do tego meczu Bucks i powtórzę – Doc wychodził  siebie, ale się nie udało. Trudno, taki jest sport. Ostatnio rozmawialiśmy o tym, że Mazzulla przegrywa mecz i kończy go z niewykorzystanym czasem – policzyłeś to dokładnie i wyszło, że z 10 takich meczów, faktycznie w 5 mu czasy zostały. I właśnie to jest ta różnica – Joe nie wychodził z siebie, a opowiadanie że on chce żeby drużyna sama to załatwiła, to szukanie taniego alibi. Bo skoro to nie zadziałało raz, drugi, trzeci, piąty i dziesiąty – to nawet Suski by doszedł do wniosku, że coś trzeba zmienić. Być może nawet po zmianie skończy się wpierdolem – bo to jest sport. Tylko robienie ciągle tego samego i oczekiwanie różnych rezultatów jest zwyczajnie głupie.

[Timi] To teraz trzeba by jeszcze policzyć, ile razy inni trenerzy zostają z przerwami na żądanie w kieszeni, ale to już jest ponad moje siły. Natomiast choćby to pokazało, że Mazzulla nie zawsze tak robi, więc jebanie go o to, gdy tak jest, to jedna strona medalu, ale jest jeszcze ta druga strona medalu, czyli wszystkie te razy, gdy drużynie pomagał. Tu nie można myśleć zero-jedynkowo. Poza tym doskonale wiemy, że RS to jest czas eksperymentów. Prawdziwy test przyjdzie w fazie play-off. I tak, trudno w tym względzie o optymizm, ale dopiero wtedy tak naprawdę okaże się, czy potrafimy jako drużyna wyciągać wnioski.

[Adrian] Drugi mecz z Atlantą i drugi wpierdolek. Na szczęscie tym razem mniej irytujący, ale też nie zgadzam sie że jakaś pechowa ta porażka – wygrała drużyna która włożyła w mecz więcej serca (niewiele więcej, ale więcej), no i rozegrała końcówkę z głową (ale o tym osobno). My przegraliśmy 4 dogrywkę z 6 w tym sezonie. Rok temu z 12 dogrywek przegraliśmy 8 – statystycznie się zgadza, bo 66,6% w dupe. Udoka na 7 dogrywek 4 wygrał. Także ten…

[Timi] No rzeczywiście sporo tych zbiórek w ataku oddaliśmy. W poniedziałek taka zbiórka nas pogrążyła, gdy Hunter po ponowieniu trafił za trzy, a w czwartek tych zbiórek ogólnie oddaliśmy za dużo. Z drugiej strony doskonale wykorzystywaliśmy też ten fakt, że Hawks atakują tablicę po swoich rzutach, bo zdobyliśmy sporo punktów szybkiego ataku. Coś za coś. Szkoda porażki, natomiast udało się przynajmniej trochę poeksperymentować w tym meczu i w sumie to jest dla nas w tej chwili tak naprawdę ważniejsze niż zwycięstwo.

[Adrian] Na plus – nikt się nie połamał. Sporo dobrej obrony chwilami pokazaliśmy. Świetny Derrick White – siedziało mu wszystko, tylko co z tego skoro Mazzulla nie umie wykorzystać takich ludzi, gdy mają ogień w rekach w tym konkretnym meczu. Często narzekamy, że jakiś zawodnik drugiego szeregu, w meczu z nami, ma dzień konia i nagle gra na 30+ punktów. Bo jak się komuś trafi taki mecz, to go trener zagrywkami, a koledzy piłka karmią – u nas tymczasem White oddał najmniej rzutów z wyjściowego składu. Dobra ostatnia nasza akcja punktowa w dogrywce, wprawdzie za szybko, bo zostawiliśmy im za dużo czasu, ale tak się powinno grać ostatnie akcje – Brown z czystej pozycji do kosza.

[Timi] Trochę za szybko, to fakt, natomiast tutaj znowu są różne szkoły. Gdyby był remis, to wtedy z reguły warto grać do końca. Ale jak przegrywasz, to mimo wszystko oddanie rzutu wcześniej pozwala ci jeszcze na ewentualną dobitkę. Albo szybki faul i kolejną szansę. Natomiast sama zagrywka bardzo dobra. Rzut trudny, ale na pewno lepsza to pozycja niż to, co pokazał Tatum na koniec regulaminowego czasu gry. Oby to był zwrot w dobrym kierunku. No a swoją drogą, to Hawks w odpowiedzi na trafienie Browna zaproponowali to, za co my w tym sezonie Celtics, Tatuma i Mazzullę wyzywamy, czyli izolację Murraya. Na dodatek miał na przeciwko siebie Jrue Holidaya. No i skubany trafił, zresztą po raz kolejny w tym sezonie. Plusem jest też powrót wspomnianego Holidaya. Wygląda na to, że skończyło się tylko na strachu i kłopotu z tym barkiem nie będzie.

[Adrian] Na minus – nawet nie próbuj mi tu przytaczać statystyk Tatuma, że kiedyś trafiał sporo rzutów na wygraną lub dogrywkę. Historycznie jest mega gość – ale gramy tu i teraz, a tu i teraz wygląda tak, że kurwa mać, zabierzcie mu piłkę w końcówkach. Nie zamierzam się jednak nad nim pastwić, bo gramy już o pietruszkę, dlatego jak pomoże mu się to odblokować – spoko. Natomiast jak tę zagrywkę rozpisał Mazzulla biorąc czas – to  powinien zdać sprzęt. To klepanie naście sekund piłki przez Jaysona i te pseudo mijanki, kończące się rzutem z obrońcą  lub obrońcami na karku – to jest gówno nie zagrywka. To jest tak czytelne i chyba nawet cieć w każdej hali NBA to zna i to nikogo już nie zaskoczy. Ewentualnie nas, jak on to w końcu trafi.

[Timi] No i właśnie dlatego, że historycznie jest mega gość, to warto spróbować go odblokować. Tylko nie takim klepaniem, a przygotowanymi pozycjami… Coś mi się jednak wydaję, że wszystko to siedzi w głowie Tatuma. Zagrywka może i była inna, ale on na siłę po tych kolejnych niecelnych rzutach w tym sezonie chce się po prostu przełamać. Bo trudno jest to inaczej wytłumaczyć. Jasne, stać go na trafianie nawet tych trudnych rzutów, ale to już się stało za czytelne. Im szybciej się przełamie, tym lepiej. Ale niech pozwoli sobie pomóc. Niech to będzie jakaś lepsza akcja, a nie kolejny rzut z odejścia.

[Adrian] Uwag kilka – nic mnie tak nie irytuje ostatnio, jak ten samozachwyt naszych kibiców nad bilansem. Bilans z sezonu zasadniczego, nie gra w PO. Jak czytam, że z tak grającym Dejounte nie dało się wygrać, to się zastanawiam, czy oglądaliśmy ten sam mecz. Bo Murray odpalił 44 rzuty, z czego tak na luzie to z 15 cegieł. Tak – 44 punkty to świetny wynik, ale nie z 44 rzutów. Przestańmy okłamywać samych siebie – mamy sporo kłopotów, których bilans nie uleczy. Tymczasem wciąż rozmawiamy o tych samych błędach. Czasami to czuje się jak w „Dniu świstaka”. Kończy się mecz, a mnie irytuje dokładnie to samo co 2 czy 3 dni temu.

[Timi] Czy sporo kłopotów? No nie wiem. Właśnie ten bilans wskazuje na coś zupełnie innego. Gdybyśmy naprawdę mieli tyle kłopotów, to nie bylibyśmy dziś w tym miejscu, w którym pozostałe mecze sezonu zasadniczego możemy już sobie traktować trochę z rezerwą i w dużej mierze przeznaczyć na eksperymentowanie. Takie jak np. przejście z dropu na zmianę krycia 1-5 i wysłanie Porzingisa na niższych zawodników jak w meczu z Hawks. A kłopot jest tak naprawdę jeden. To spowolnienie gry w końcówkach, przez co nasz atak staje się wtedy zbyt przewidywalny. No i martwić może fakt, że na tym etapie sezonu to wciąż jest kłopot, który rozwiązać jest nam trudno, choć ostatnio w każdej porażce jakiś tam krok do przodu widać.

[Adrian] No sporo – Ty napisałeś o spowolnieniu gry. Spoko, ale na tym się nie kończy lista naszych problemów. Tatum grający w clutch na 30%, a jednocześnie kończący w tym czasie najwięcej akcji w drużynie. Mazzulle i jego wady, to chyba aż za dobrze omówiliśmy. Nieregularność ławki rezerwowych. Mało gramy podaniami – od ASW to zaledwie 262 podania na mecz, czyli 3 najgorszy wynik w NBA. Jesteśmy jedyną drużyną w NBA, która po parkiecie porusza się poniżej 4 mph. Bez piłki nasze asy robią średnio 9,03 mili na mecz – nikt nie gra bardziej leniwie. I ja tu nie wymieniam rzeczy w których jesteśmy przeciętni, tylko to w czym jesteśmy absolutnie beznadziejni. A to wszystko sprawdziłem, żeby poszukać gdzie tkwi problem naszego spowalniania gry. Naiwnie myślałem, że po 3 kwartach są zwyczajnie wypompowani, ale nie… My po prostu gramy na stojąco! Bilans jest jaki jest – doskonały, ale to nie znaczy, że przed PO nie mamy problemów, bo mamy ich sporo. I jak się okazało po tym meczu, nie tylko mi się sporo rzeczy nie podoba, bo Paul Pierce też skrytykował zespół. Dyplomatycznie i bez nazwisk, ale… jednak dość dosadnie.

[Timi] Pytanie, na ile to wszystko jest wynik większego rozluźnienia po przerwie na ASG, gdy tak naprawdę od kilku tygodni wiemy już, że będziemy jedynką na Wschodzie. Dodatkowo przy tym wszystkim warto pamiętać, że my z 24 ostatnich spotkań wygraliśmy… 20. Po przerwie na ASG mamy bilans 14-4 w 18 spotkaniach. Więcej zwycięstw mają tylko Nuggets (15-4). Czyli „gramy na stojąco”, a i tak dowozimy wyniki. I oczywiście to nie znaczy, że należy już nam przyznawać mistrzostwo albo bagatelizować to, o czym mówisz. Wręcz przeciwnie. To pokazuje, że nadal jesteśmy w znakomitej pozycji do rywalizacji o tytuł, szczególnie jeśli skupimy się na poprawie tych rzeczy – a jestem pewien, że tak będzie od startu fazy play-off.

[Adrian] Ciekawe opinie krążą po światku NBA, że Clippers nie bardzo chcą dąć ogromny kontrakt Georgowi. Nad wszystkim zza rogu czuwa Morey, który właśnie na PG13 odłożył ogromną ilość pieniędzy na zbliżające się lato. Ciekawe to – jednak mam nadzieję, że LAC nie pozwoli nam pod nosem zbudować zbyt silnego, bezpośredniego rywala.

[Timi] Wygląda na to, że George chce wykorzystać 76ers w negocjacjach, bo te informacje właśnie pasują do doniesień, że Clippers nie za bardzo są chętni na propozycję dużej umowy dla skrzydłowego. Jak ich postraszy, że ma realne opcje na nowy dom, to pewnie tej chęci nabiorą.

[Adrian] Jontay Porter pod lupą NBA. Okazało się, że najprawdopodobniej misiu obstawiał własne dokonania na parkietach NBA w najpopularniejszym amerykańskim bukmacherze, czyli DraftKings. A gdy obstawił duże sumy (10 i 20 tys dolarów na wydarzenie), to w magiczny sposób udawał uraz podczas meczu, żeby nie przekroczyć własnych osiągnięć, które były przedmiotem zakładu. Jeśli NBA mu udowodni zakłady – to czeka go dożywotnia dyskwalifikacja. Ostro!

[Timi] To jest młodszy brat Michaela Portera Jra. No i w sumie w tej rodzinie to nie dość, że nie mieli szczęścia do zdrowia, to wygląda jeszcze na to, że i mózgu nie do końca potrafią używać. Jeśli oczywiście NBA udowodni tutaj, że Porter sam te mecze obstawiał albo działał z kimś w zmowie, no to nie ma raczej wątpliwości, że z ligi się wypisał na dobre. I tak dużej roli w Raptors nie miał, ale wciąż to bardzo głupi sposób na to, by zamknąć sobie drzwi do NBA. Natomiast sama kwestia obstawiania robi się coraz większym problemem. To dla ligi jest wielki biznes i duży przychód, ale coraz częściej zawodnicy wystawieni są przez to na ataki ze strony tych typujących, którym akurat kupon nie wszedł. No a złość w internecie to jedno, ale w tych czasach to szybko przeradza się w coś więcej i np. JB Bickerstaff, czyli szkoleniowiec Cavaliers, sam już przyznał, że dostawał w związku z nietrafionymi zakładami pogróżki. A to już jest bardzo poważna sprawa.