Boston Celtics pokonali u siebie Memphis Grizzlies 95:92 i tym samym wygrali po raz siódmy z ostatnich ośmiu spotkań we własnej hali. Losy zwycięstwa ważyły się do ostatnich sekund, kiedy to na trzypunktowe prowadzenie wyprowadził gospodarzy Avery Bradley. Grizzlies mieli jeszcze rzut Mike’a Conleya na dogrywkę, ale trafił on w tablicę. W piątek do Bostonu przyjeżdżają Orlando Magic a w sobotę podopiecznych Brada Stevensa czeka arcyważne starcie w Indianapolis z bezpośrednimi rywalami do miejsca w playoffach Pacers.

Celtics oprócz nieobecnego do końca sezonu Jareda Sullingera musieli sobie wczoraj radzić bez poturbowanego w meczu z Heat Isaiaha Thomasa i jego absencja była widoczna. Ostatnio mi się oberwało za jego krytykę opartą na obserwacji (wcale nie uprzedzeniu do samego transferu), więc dziś przytoczę tylko fakty: Boston bez człowieka mającego USG% ponad 38% (czyli grubo więcej niż kolejni zawodnicy z rotacji – Bradley 21%, Sullinger 24%, Olynyk 20%) mieli 28 asyst jako drużyna i wygrali z drugą drużyną Konferencji Zachodniej, trzecią całej NBA. You name it.

Tak, wiem, że to trochę jak dyskusja o tym jak koszykówka powinna być grana, gdzie każdy jest w stanie obronić swój nawet skrajnie różny pogląd, ale dyskutujmy argumentami. Mój jest taki, że Thomas za bardzo dominuje piłkę i za często odpala niemądre rzuty, które czasem wpadają i mogą być widowiskowe. Bardziej przydałby się tej drużynie organizując jej grę pick’n’roll, bo tego jej brakuje, ale też nie widziałem wszystkich minut Thomasa w koszulce Bostonu, więc nie chcę tu brzmieć zero-jedynkowo.

Co do samego spotkania z Grizzlies, to od początku było wyrównane, to na pewno. Celtics mieli pięciopunktową przewagę po pierwszej kwarcie i run 11:4 w połowie trzeciej, ale i tak wszystko sprowadziło się do ostatnich dwóch minut.

Boston Celtics wygrali czwartą kwartę! Crunchtime!

Od stykowej sytuacji na sześć minut przed końcem, kiedy to sędziowie niesłusznie uznali błąd 24 sekund Bostonu i dali piłkę Grizzlies, obie drużyny trafiały niemal rzut za rzut i wymieniały się prowadzeniem. Jae Crowder trafił za trzy na 1.40 przed końcem i doprowadził do remisu 88:88, na co odpowiedział Zach Randolph (bardzo dobrze broniony przez Zellera, ale w ponowieniu akcji został sam) i było to ostatnie prowadzenie Memphis tej nocy. Boston wyszedł na prowadzenie po akcji 2 plus 1 Marcusa Smarta (na Z-Bo), świetnie rozrysowanej przez Brada Stevensa po czasie. W ostatnim posiadaniu Bostonu przy stanie 93:92 Marc Gasol zeswitchował się na Bradleya, zrobił w obronie wszystko jak należy, ale Avery był bardzo dobry i trafił z dalekiego półdystansu nad ręką najlepszego obrońcy NBA sprzed dwóch lat. Grizzlies mieli jeszcze siedem sekund na rozegranie ostatniej akcji, ale potrzebowali co najmniej rzutu za trzy, żeby myśleć chociaż o dogrywce. Jonas Jerebko stracił na chwilę koncept w obronie, przewrócił się nawet i choć pachniało dogrywką to Mike Conley trafił tylko w tablicę.

To było bardzo dobre spotkanie ławki Celtics (45:31), zwłaszcza Kelly’ego Olynyka (15 punktów, 6 zbiórek w tym 3 w ataku, 3 asysty, 3 przechwyty) i to wcale nie tylko w ataku oraz Jae Crowdera (16 punktów, 6/12 z gry, 3/4 za trzy). Grizzlies swoim zwyczajem starali się sprowadzić mecz do pomalowanego, w którym rzucili 50 punktów, wygrali deski i trafili 13/13 rzutów wolnych,. Celtics bronili jednak tej nocy naprawdę dobrze, ręce obrońców były wszędzie, wymusiły 21 strat rywali zatrzymały duet Gasol-Randolph na 18 rzutach z gry, razem. Marc miał kilka podań w swoim stylu na 4 asysty z high i low-post, ale mogło być tego więcej.

Cieszy, że Boston wygrał małymi-wielkimi rzeczami, walką o każdą piłkę, ofensywną deskę i obroną. Marcus Smart był bardzo dobry w drugiej połowie po bronionej stronie parkietu. Evan Turner niewidoczny, ale jednak z siedmioma asystami. Brandon Bass bezbłędny z pola trzech sekund, a Tyler Zeller na linii w czwartej kwarcie (6/6 FT). Każdy dołożył swoje, tutaj znajdziecie pełny boxscore, a tutaj galerię.

Boston basketball!