Celtics długo się trzymali, ale ostatecznie nie dali rady i po dogrywce ulegli Chicago Bulls 104:109. Ozdobą spotkania był strzelecki pojedynek Evana Turnera i Pau Gasola, którzy rzucili po 29 punktów i poprowadzili swoje drużyny do emocjonującej końcówki.

Boston był w drugim meczu back-to-back, czym można tłumaczyć słabszą dyspozycję niektórych zawodników. Jimmy’ego Butlera w piątce gospodarzy zastąpił Nikola Mirotić, dla którego był to pierwszy start w NBA. Celtics zagrali bez Jameera Nelsona, który kontuzjował kostkę i dołączył do Jamesa Younga na liście nieaktywnych.

BOXCSCORE | GALERIA

W pierwszej kwarcie trudno było szukać dobrej koszykówki. Obie drużyny traciły dużo piłek (8 TO Bostonu i 6 TO Chicago w pierwszych 12 minutach) i nie były to straty wymuszone jakąś świetną obroną, raczej wyrzuceniem podania w aut czy wkozłowaniem sobie w stopy. To się zdarza. Idealnym podsumowaniem pierwszych dwudziestu minut było poślizgnięcie się wracającego do obrony Aarona Brooksa na czyimś piwie.

Pierwsza kwarta zakończyła się pięciopunktową przewagą Celtics, a potem obie drużyny wymieniały się kilkupunktowymi runami. Ostatni (7:0) w pierwszej połowie zaliczyli Bulls i to oni prowadzili do przerwy 46:40. Trzecią to Celtics wygrali sześcioma punktami i przed decydującą częścią gry mieliśmy remis. 13 ze swoich 29 punktów rzucił w 3Q Evan Turner, 8 dorzucił Tyler Zeller.

Czwartą kwartę i dogrywkę Bulls wygrali na atakowanej desce. W ostatnich 17 minutach gry mieli 8 zbiórek w ataku, w tym prowadzące do fauli i na linię Pau Gasola oraz Taja Gibsona. W końcówce Bulls wychodzili na kilkupunktowe prowadzenia ale za każdym razem Celtics wracali do remisu.

Kluczowe było ostatnie 30 sekund, kiedy to po słusznym przyznaniu piłki gościom przez sędziów po powtórce, Turner miał rzut na przejęcie meczu (Chicago prowadziło wtedy +1). Rozgrywający Celtics spudłował na switchującym go Gibsonie, który po zbiórce powędrował na linię, gdzie trafił jeden z dwóch wolnych. Celtics mieli w tym momencie -2, 22 sekundy na zegarze i żadnej przerwy na żądanie. Jeff Green prawie zgubił piłkę, ale Jared Sullinger był tam gdzie być powinien i wyrównał. Bulls mieli 2.6 sekundy do końca, Tom Thibodeau rozrysował świetną zagrywkę, którą znalazł w rogu niekrytego Aarona Brooksa, a ten minimalnie nie zmieścił się w czasie i w obręczy. Dogrywkę Celtics zaczęli od spudłowania czterech kolejnych rzutów, ale znów prawie wrócili. Bulls jednak wciąż dostawali się na linię i co ważniejsze, trafiali wolne, czym zapewnili sobie zwycięstwo.

Ławka Chicago rzuciła dwa razy więcej punktów niż rezerwowi gości (42:21) i spokojnie powinna zapewnić zwycięstwo gospodarzom, gdyby nie fatalne .370 z gry. Świetny mecz zagrał starszy z braci Gasol (29 pkt, 16 zb, 5 bl), a dużo dobrego z ławki dali Gibson (12 pkt, 6 zb) i Brooks (19 pkt, 3/8 3PT). Zwłaszcza z tym drugim obrona gości miała problemy, bo to Brooks napędzał runy Chicago na rezerwowych Bostonu. Można tu delikatnie winić Marcusa Smarta, bo to on był odpowiedzialny z krycie obrońcy Bulls, ale tylko delikatnie. Trafione trójki Brooksa to były trudne rzuty i Smart zrobił tu wszystko jak należy. Dał się tylko naciągnąć na niepotrzebny faul przy przechodzeniu przez zasłonę, kiedy Brooks wykorzystał jego wystającą rękę do wymuszenia trzech rzutów wolnych.

Dla Celtics dobrze zagrał Turner (29 pkt, 4/5 3PT, 5 zb, 6 as), ale znów momentami był Turnover (7 strat). Cała piątka była w double-figures, ale Jeff Green miał tylko 4/18 z gry i 11 punktów, a Bradley dość ciche 17 punktów z 15 rzutów. Sully starał się walczyć na deskach z frontcourtem Bulls i wykręcił całkiem niezłe 16/16. Zabrakło przede wszystkim egzekucji kluczowych akcji w końcówce i rzutów wolnych, których Celtics mieli tylko 11 wobec 40 Bulls.