Jeśli rzuca się ze skutecznością 2/22 w trakcie którejś z kwart, to nie można oczekiwać zwycięstwa. Pomimo imponującego comebacku w czwartej kwarcie, przegrane 3 poprzednie ćwiartki przesądziły o losach spotkania. Orlando bezsprzecznie zasłużyło na zwycięstwo, w meczu który żadnym wybitnym widowiskiem nie był. Niestety, ale po odejściu Rondo, nie ma już wątpliwości jaki jest cel na ten sezon. Zanim jednak o meczu, chciałbym wspomnieć słów kilka o tym jak ciepło w Orlando przyjęty został Jameer Nelson. Wielu, w tym ja, zapomniało już, że za czasów gry w Magic był wybrany do All-Star Game i że to właśnie on do spółki z Howardem i kilkoma innymi gośćmi wprowadził Magic do finałów NBA.

BOXSCORE | GALERIA

Nie zapomniano o tym jednak w Orlando. Dla Jameera czekał specjalny filmik, a na trybunach widać było dziękczynne transparenty adresowane do Nelsona. A teraz do rzeczy. Wspomniane 2/22 z gry zdarzyło się w pierwszej kwarcie. W kwarcie, w której Celtics wyglądali jakby wpuszczono ich na sale prosto z podwórka. „Macie tutaj chłopaki piłkę i porzucajcie sobie”- tak to mniej więcej wyglądało. Nie ma się co więcej rozpisywać. Orlando nie grało, żadnej cudownej koszykówki, po prostu robili swoje, a Zieloni patrzyli. 9 punktów zdobytych przez całą pierwszą ćwiartkę jest najgorszym wynikiem Celtów w tym sezonie. Magic czują taki luz, że Kyle O’Quinn oddaje w tej kwarcie 2 rzuty za 3 punkty… z czego jeden znajduje drogę do kosza. Jestem w szoku, sprawdzam statystyki. Okazuję się, że jest to „trójka” numer pięć w tym sezonie jak i również w karierze młodego podkoszowego Magic. Bije się w pierś. Good job Kyle.

Dalej wcale nie było dużo lepiej. O ile w drugiej kwarcie nasi zawodnicy przypomnieli sobie jak się trafia do kosza, o tyle wcale nie znaczyło to odrabiania strat. Tą kwartę również przegrywamy, „tylko” 6 punktami. Do przerwy 53-30 dla gospodarzy i ciężko już mieć nadzieję na jakiś niespodziewany obrót sytuacji. Z takiego marazmu ciężko kogokolwiek wyróżnić. Najlepszym strzelcem zespołu jest Avery Bradley z 8 punktami i naprawdę nie ma się czym zachwycać. Z drugiej strony pod koszem rządzi Nik Vucevic, a dzielnie wspiera go Tobias Harris.

Na trzecią kwartę goście wychodzą jakby bardziej zmobilizowani. Pierwsze punkty w końcu zdobywa ulubieniec miejscowej publiczności grający w zielonej koszulce- Jameer Nelson, 3 „trójki” dokłada Bradley, jednak to wciąż za mało. Przeciwnicy nie śpią, a Kyle O’Quinn kąsa za trzy drugi raz w tym spotkaniu. Orlando spokojnie utrzymuje +/- 20 punktów przewagi. Wynik po trzech kwartach 85-60. Oczy kleją się coraz bardziej, jednak walczę.

Moja cierpliwość zostaje w pewnym sensie wynagrodzona. Celtowie notują szalony run 28-2 i wracają do tego spotkania. Dobry fragment tak naprawdę całej drużyny. Obudził się Tyler Zeller- 22 punkty w całym spotkaniu, a Jameer Nelson otarł się o double-double. Tak jak jednak wspomniałem wcześniej, jedna dobra kwarta to za mało. Udaje się  zejść do stanu -3, wtedy jednak Tobias Harris wyprowadza kontrujący cios i zatrzymuje pogoń Celtics. Ostateczny wynik 100-95 i pomimo tego, że przez cały mecz wyglądało to raczej gorzej niż lepiej, to niedosyt po czwartej kwarcie zostaje.

HOT OR NOT

HOT:

  • Czwarta kwarta. Run 28-2 naprawdę imponujący, szkoda że tak późno.
  • Tyler Zeller. Od momentu przesunięcia go do S5 gra naprawdę dobrze. Statystki 18 punktów i 10 zbiórek PER36 mówią same za siebie.
  • Może nie HOT ale chociaż WARM – Jameer Nelson. Szczerze mówiąc to nie spodziewałem się, że on jeszcze coś pokaże.

NOT:

  • Właściwie wszystko oprócz tego znalazło się w kategorii HOT, z dużym wskazaniem na radosny basket z pierwszej kwarty. Wstyd.