logo boston celtics

Po świetnym pierwszym meczu z Nets, apetyty wszystkich sympatyków Celtów zostały zdecydowanie rozbudzone. Kolejnym sprawdzianem miały być Rakiety. Paradoksalnie mecz ten okazał się totalnym niewypałem i w Houston mieliśmy problem ze wszystkim. Rockets wypunktowali Celtics iczym Mike Tyson swoich rywali. Nie było tu mowy o żadnej walce. Dominacja od pierwszej do ostatniej akcji i niemoc naszych graczy. Ostateczny wynik 104-90 i tak nie do końca oddaje przebieg tego spotkania, ponieważ przewaga zawodników z Teksasu sięgała już ponad 20 punktów i dopiero „szalony” run na koniec spotkania, prowadzony przez Jamesa Younga, pozwolił na częściowe zniwelowanie strat.

BOXSCORE | GALERIA

Wszystko zaczęło się od beznadziejnej obrony. Rockets robili na boisku co chcieli. Celtowie wyglądali jak gdyby kosmici se Space Jam’u zabrali im talenty. Nie przesadzam, zero obrony, chodzenie po boisku zamiast biegania i straszna nieskuteczność. James Harden i Terrence Jones wyglądali jak bogowie koszykówki przy ospałych graczach w zielonych strojach. W obronie jedyne co pozostało to faulować rozpędzonych zawodników Rakiet co skutkowało rzutami wolnymi. Efekt? 10/10 z linii. Gospodarze szybko objęli ponad dziesięciopunktowe prowadzenie i od tego momentu kontrolowali przebieg spotkania. Aż strach pomyśleć jak skończyłaby się pierwsza kwarta gdyby nie wejście Brandona Bassa i jego rzuty z półdystansu. Wynik 37-22 po pierwszej ćwiartce nie napawał optymizmem, nie wspominając już o stylu gry.

Druga kwarta to kontynuacja obrazu z przed kilku minut. Up-tempo, które ujęło mnie za serce w meczu z Nets, tym razem nie istniało. Celtics chodzili po parkiecie, a Rondo, który tak dobrze wyglądał w środę tym razem kompletnie nie istniał. Co z tego że rozdał 6 asyst do przerwy, jeśli nie stanowił żadnego zagrożenia jeśli chodzi o zdobywanie punktów, nie napędzał gry i wyglądał generalnie na mało zaangażowanego. Reszta również bez zmian, nieudolne próby przełamania się zza łuku (0/12 za 3 pkt do przerwy), oraz brak jakiegokolwiek ataku na kosz. Przepraszam, atak na kosz był. Swoich sił spróbował Marcus Smart, ale został dotkliwie skarcony przez Pana Blacka. Przewaga nie topniała ani trochę, wręcz przeciwnie po 2 kwarcie mieliśmy już 19 „oczek” w tył i pomimo że w NBA nie takie straty się odrabiało, to w tym przypadku nadzieja już ledwo się tliła.

SullingerRockets

Na dzień dobry w trzeciej kwarcie dostajemy trójkę od Caanana i pomyślałem sobie „zaczyna się”. Jednak kolejne minuty to w mojej opinii najlepszy fragment Celtów. Przede wszystkim piłka zaczęła szukać naszych podkoszowych, a właściwie podkoszowego – Jared Sullinger bez żadnego respektu przed Howardem grał sobie tyłem do kosza i pomimo że nie trafiał w pierwszej próbie to zbierał w ataku i skutecznie dobijał. W dodatku Rondo rzucił swoje pierwsze punkty w meczu, po ładnym przechwycie. Skutek? Run 9-0 i myśl, że może jednak wyciągneliśmy wnioski z pierwszej połowy. Jednak time-out wzięty przez Kevina McHale’a szybko rozwiewa wątpliwości. Rockets wychodzą po nim na boisko już w pełni skoncentrowani i dają znów koncert swojej gry. Prowadzeni przez Hardena odjeżdżają po raz kolejny na +/- 20 punktów, a kwartę kończy sam „The Beard” trójką po step-backu. W tym momencie ma już na swoim koncie 26 punktów, czyli tyle ile nie udało się uzbierać Celtom w żadnej z 3 dotychczasowych kwart.

W ostatniej kwarcie Hardena na boisku już nie było, ale nie było też specjalnej zmiany w obrazie gry. Rakiety kontrolowały przebieg spotkania już do samego końca, w najlepszym dla siebie momencie prowadząc nawet 26 punktami. Nie ma się nad czym specjalnie rozwodzić. Faktem wartym odnotowania jest oficjalny debiut w rozgrywkach Jamesa Younga. 6 minut na boisku, 6 zdobytych punktów na 100% skuteczności. Wszystko fajnie, szkoda tylko że w takich okolicznościach. Czwartą kwartę wygrywamy 28-23, tym samym zmniejszając rozmiary porażki, na tyle że nie wygląda to jak blow-out. 104-90.

Dzisiaj podsumowanie w formie akapitu, nie będzie „HOT or NOT”, ani żadnym „pluso-minusów” ze względu na niedobór „plusów”. Kubeł zimnej wody został na nas wylany w gorącym Teksasie. Jest to mecz, o którym trzeba jak najszybciej zapomnieć. Potencjał jaki drzemie w tym zespole, jest zdecydowanie większy aniżeli „to” co pokazał w spotkaniu z Houston.  Na koniec kilka ciekawostek statystycznych:

  • Houston wykonało w tym spotkaniu aż 40 rzutów wolnych przy naszych 18 i zaufajcie mi, nie wynikało to ze stronniczego sędziowania.
  • Zagraliśmy na niesamowitej skuteczności 1/25 zza łuku. Daje nam to okrągłe… 4%.
  • Co ciekawe straciliśmy mniej piłek niż Rakiety, ale mogło to wynikać z chodzonego stylu gry.
  • Na pocieszenie dodam, że była to 17 wygrana z rzędu Houston u siebie, przeciwko drużynie z konferencji wschodniej. Może oni mają po prostu jakiś patent?