Po serii kolejnych 3 zwycięstw przyszła pora na spotkanie, w którym ta tankująca część kibiców Celtics mogła liczyć na „korzystny” wynik. Mavericks w tym sezonie grają bowiem całkiem efektywny basket. Nie inaczej było w tym spotkaniu, gdzie Dallas systematycznie zwiększało swoją przewagę, a do końcowego zwycięstwa poprowadził ich duet Nowitzki-Calderon.Celtics zagrali szare spotkanie.  Rzucaliśmy również na naprawdę słabej skuteczności, a nasza ławka rezerwowych była krótka jak kariera Dody. To wszystko wystarczyło, aby Dallas wywiozło z Bostonu stosunkowo łatwe zwycięstwo.

 

BOXSCORE | GALERIA

1 kwarta

Mecz otworzyło udane trafienie Bassa, po którym celnego pull-upa dorzucił Rondo. Następnie miejsce miało kilka niewykończonych akcji obu zespołów, ale posuchę przerwał Dirk Nowitzki. Wyegzekwował głęboką trójkę, po której dołożył czyściutkiego jumpera z półdystansu. Na miano pierwszego ceglarza niestrudzenie pracował Avery Bradley, a solidną robotę na tablicach odwalał Sullinger. Monster-dunkiem popisał się Green, który posłał na plakat Mariona. Obie ekipy wymieniły się trójkami, a dobre zawody (również w defensywie) rozgrywał kapitan Celtów. Niestety odniosłem wrażenie, że Boston grał trochę bez pomysłu, zwłaszcza kiedy na boisku nie przebywał ich kapitan. Kwartę zamknęła niecelna próba Olynyka i Bostończycy schodzili do szatni z minimalną stratą.

2 kwarta

Na boisku ciągle przebywali głównie zmiennicy z końca pierwszej kwarty. Drugim unitem dobrze przewodził Kris Humphries, który wykonywał dobrą robotę po obu stronach parkietu. Próbę wsadu przestrzelił Wallace, jednak Dallas ciągle czuło oddech Bostonu na plecach i nie mogło zwiększyć swojego prowadzenia na dystans większy niźli jedno posiadanie piłki. Zmieniło się to, gdy asa z rękawa wyciągnął Bradley. Do fatalnej skuteczności dołożył straty i Dallas udało się odskoczyć na kilka punktów notując run 8-2. Nadal świetnie prezentował się Sullinger, który na kilka minut przed przerwą miał już dwucyfrową liczbę zbiórek. Swoją trójkę trafił nawet Avery Bradley, strata została na powrót zredukowana, a trener Dallas zmuszony był poprosić o czas. Częściowo przyniosło to efekt, gdyż Mavs zdobyli kilka punktów i uspokoili grę. Po trójce dołożyli Rondo i Calderon i pierwsza połowa dobiegła końca.

Dallas

3 kwarta

Od samego początku drugiej połowy spotkania działo się niewiele. Ciągle pecha miał Rondo, który regularnie wystawiał swoich kolegów na czyste pozycje, tylko po to aby zobaczyć jak pudłują. Im dalej w las, tym Celtowie prezentowali się gorzej, a Mavericks nabierali rytmu. W pewnym momencie ich przewaga wzrosła już do 17 punktów. Efektowne wejście z ławki zaliczył Olynyk, który popisał się naprawdę ładnym blokiem. Na niewiele się to jednak stało, gdyż świetne zawody rozgrywał Calderon, na którego Boston ewidentnie nie miał patentu. Nasz drugi unit również nie funkcjonował najlepiej, czego żywym wyrazem był alley-oop Presseya z Humphriesem, który był słaby niczym pasztetowa w lipcu. Przy takiej przewadze Dallas i przy takiej grze Celtics ciężko było w tym spotkaniu o jakikolwiek skuteczny powrót.

4 kwarta

Prowadzenie Mavs wzrosło już do ponad 20 punktów i kontrolowali oni przebieg tego spotkania. Zaangażowanie i dobre chęci pokazywał Chris Johnson, ale niestety to czasami nie wystarcza, kiedy brak wsparcia w partnerach z zespołu. Dallas konsekwentnie kontynuowało uważną grę w defensywie i starało się jak najszybciej wysłać mecz do zamrażarki. Zieloni za to nadal pudłowali. Do dobrej pierwszej połowy nie był w stanie nawiązać ani Jared Sullinger, ani Jeff Green. Ten stan rzeczy zmienił się pod sam koniec spotkania, gdzie Celtowie zanotowali małą pogoń i dwukrotnie zredukowali straty. To już nie miało jednak większego znaczenia, bo przy takiej zaliczce Mavericks mecz był dawno rozstrzygnięty. Ostatnia odsłona spotkania częściowo jednak nam osłodziła tragiczną trzecią kwartę w wykonaniu naszych zawodników.

 

HOT: Jose Calderon (7-13FG). Hiszpan rzucał na dobrej skuteczności, dodatkowo rozdając kilka asyst

NOT: Avery Bradley (2-13FG). Szkoda słów na dyspozycję rzutową Bradleya, dla którego oznacza to nie pierwszy słaby występ w ostatnim czasie. Dla jego własnego dobra warto posadzić go na ławce. Zaleczy do końca kostkę, ostudzi głowę i spojrzy krytycznie na swoją grę.

 

5 rzeczy, które zobaczyliśmy:

  1. Tragiczną skuteczność Celtics. 36% z gry (a na początku ostatniej kwarty okolice 30%, sic!) to zdecydowanie powód do wstydu.
  2. Kiepską grę obronną. Boston słabo rotował i bronił na zasłonach, na sporo również pozwalał w swojej trumnie. Tego spotkania zdecydowanie nie można zaliczyć do udanych w tym aspekcie gry.
  3. Kolejny dobry występ Rondo. Rajon znowu flirtował z triple-double (15 punktów, 12 asyst, 8 zbiórek) i po raz kolejny zanotował solidną skuteczność z gry. RR9 trafiał zarówno z półdystansu jak i zza linii. Bardzo, ale to bardzo pozytywnie wygląda gra Rondo po kontuzji i pozostaje tylko mieć nadzieję, że tak pozostanie.
  4. Wejście smoka Chrisa Johnsona. W ostatniej kwarcie rzucał jak natchniony i odwdzięczył się za nowy kontrakt. To może być prawdziwa iskra z ławki i role-player na pozostałą część sezonu. A oby nawet i dłużej.
  5. Tragiczną trzecią kwartę i początek czwartej. Poza tym okresem gry spotkanie było naprawdę wyrównane. Tanktrain / brak koncentracji dał o sobie jednak znać i Dallas wykorzystało to bezwzględnie.

Następny mecz już jutro. Celtics zagrają w Milwaukee z tamtejszymi Bucks. Będzie to w pewnym sensie mecz uśmiechu, a kibice obu drużyn lepiej zrobią grając w bierki zamiast ekscytować się wynikiem. Niemniej jednak wierzę, że pośród nas znajdą się prawdziwi twardziele gotowi zarwać nockę dla meczu z największymi ogórami w całej lidze. Liczę na Was!