Showbiz&KG

Ta niesamowita historia wydarzyła się naprawdę. Taka przyjaźń zdarza się raz w życiu i jest to coś naprawdę pięknego. Jednak dzięki tej historii po raz kolejny możemy zobaczyć, że nawet tak wielka przyjaźń nie ma szans w starciu z biznesem, jakim jest NBA. I wielka szkoda, że po przeczytaniu poniższego artykułu można tylko powiedzieć: „A co jeśli…?”. Poznajcie jedną z najciekawszych „what-if-story” w historii NBA.

Późne lato 1994 roku. Wejście do hali gimnastycznej West Side w Chicago:

„Co słychać?”

 „Gotowy?”

 „Tak, jestem gotowy.”

 „Więc chodźmy pograć w piłkę.”

Mniej-więcej w taki sposób rozpoczęła się ich przyjaźń. Realna i namacalna. Wcześniej nigdy nawet nie widzieli się na oczy. Przez to rachunki telefoniczne były wysokie jak cholera.

Kevin Garnett i Stephon Marbury mogliby rozmawiać godzinami i to w zasadzie o wszystkim.

Jest kilka sprzeczności co do pierwszego „spotkania telefonicznego” między nimi. Marbury opowiada, że zadzwonił do Garnetta chwilę potem, gdy tylko zdobył jego numer. Odebrała jednak mama Kevina, pani Shirley i – gdy Steph przedstawił się – od razu poznała dzwoniącego: „Widziałam cię w magazynach. To ty jesteś ten sprytny mały facet.” usłyszał. Garnetta nie było jednak w domu – „Wróciłem późno tej nocy i mama powiedziała mi, że dzwonił Stephon Marbury. Próbowałem oddzwonić, ale to było jak próba skontaktowania się z prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Kiedy już zaczynali rozmawiać, nie przestawali. Doszło do tego, że największym problemem rodziny Garnettów były rachunki telefoniczne sięgające $80 dolarów. „Kiedy dostałam rachunki powiedziałam: ‚panie Garnett, pan nawet nie ma pracy.’. Po pierwszym tygodniu pracy w Burger Kingu Kevin miał mi dać połowę wypłaty, by pokryć koszty. Myślałam, że będziemy musieli założyć blokadę na telefon. Pewnej nocy podsłuchiwałam ich i to było jak: ‚Ej, gościu, a wiesz o tym?’, ‚Taa ziomek, a wiesz o tamtym?’. Godzinami. Musieli myśleć, że to było połączenie lokalne.” ze śmiechem wspomina Shirley.

Jednak do tej pory jeszcze nigdy nie spotkali się na żywo. „Zawsze możesz rozmawiać z kimś przez telefon nie widząc jego twarzy i mieć relacje, jakie mamy my, mimo, że wcześniej nigdy się nie spotkaliśmy. Mógł być złodziejem, mordercą, ale dla mnie był dobry.” mówi Garnett.

Tamtego lata Marbury akurat odwiedzał Chicago, gdzie właśnie przeniósł się Kevin. Początkowo KG uczęszczał do szkoły średniej Mauldin, jednak przed ostatnim rokiem nauki miało miejsce zdarzenie, które wymusiło na nim przeniesienie do innej szkoły. Garnett wraz z dwójką kolegów miał dopuścić się linczu drugiego stopnia [„każdy akt przemocy, którego dopuścił się tłum wobec innej osoby i od którego nie nastąpiła śmierć”] na jednym z uczniów tamtejszej placówki. Jak twierdził adwokat całej trójki zlinczowany uczeń wygłaszał rasistowskie poglądy, co sprowokowało chęć wymierzenia sprawiedliwości przez Kevina i dwójkę jego kumpli. Udało im się uniknąć aresztu, jednak Garnett – ze względu na zaistnienie sytuacji na tle rasowym – zaczął obawiać się, że sam może stać się celem ataków i podjął decyzję o opuszczeniu Mauldin High School. Poza tym po całym zajściu odwrócili się od niego wszyscy, począwszy od trenera szkolnej drużyny, a na najbliższych „przyjaciołach” kończąc. Wtedy Garnett postanowił już nigdy nie szukać sobie przyjaciela. Z wszystkich pozostało mu tylko dwóch – jednym był Bug (znany bardziej jako Jaime Peters), zwykły dzieciak z sąsiedztwa, mieszkający po drugiej stronie ulicy w Mauldin. Drugim był gość, którego Kevin nawet nie widział. „Stephon był prawdziwą inspiracją w życiu Kevina. Pełnił rolę słuchacza, był kimś dla Kevina w trudnych momentach. Kevin lubi wszystkich. Starał się zadowolić wszystkich, każdego swojego kumpla, wszystkich tak zwanych „przyjaciół”. Ale to Steph był jedynym, który mówił Kevinowi, że musi ciężko pracować, w nauce i w sporcie.” mówi matka Garnetta. Głównie dlatego najlepszym wyjściem dla Garnetta było zacząć wszystko od początku w nowym miejscu. Zerowe konto, żadnych znajomości, zupełnie tak, jak na samym starcie swojej drogi. Na ostatni rok gry w szkole średniej przeniósł się do Farragut Career Academy w Chicago, gdzie zresztą świetnie mu się powodziło. Z kolei Marbury w Wietrznym Mieście był jedynie przejazdem. Rodowity nowojorczyk z Coney Island uczęszczał do szkoły średniej im. Abrahama Lincolna. Był kolejną wielką nadzieją Nowego Jorku, który wcześniej widział przecież point guardów odnoszących sukcesy w NBA – Mark Jackson (Brooklyn) czy Kenny Anderson (Queens) swoje pierwsze kroki też stawiali w Big Apple.

Nie było lepszej okazji, żeby w końcu się zobaczyć. Steph odwiedzał Chicago, musiał więc spotkać się ze swoim kumplem. Dialog przed wejściem do hali był ich pierwszą rozmową przeprowadzoną face-to-face. Już wtedy możemy zobaczyć dlaczego tak mocno się ze sobą związali, mimo że nigdy wcześniej nie widzieli się na oczy. Dla obu koszykówka była wszystkim. Widzieli się po raz pierwszy, jednak Garnett nie chciał rozmawiać. Od razu chciał przejść do rzeczy, chciał po prostu zagrać w kosza. Nic nieznaczący pick-up game był w tym momencie wszystkim dla dwojga młodych ludzi. Podali sobie ręce, potem bratersko się uścisnęli i weszli do środka. Ktoś mógłby powiedzieć, że było to przeznaczenie.

Pierwszy raz razem na parkiecie, naprzeciw jakiejś miejscowej „paczki”. Marbury zatrzymuje się na obwodzie, niecierpliwy z natury jest jednak zmuszony poczekać. Szuka wzrokiem Kevina. Jego w zasadzie przeoczyć nie można – ponad 2-metrowa kombinacja długich rąk i nóg, a do tego niesamowita ekspresja na twarzy, ta sama, którą widzimy u niego do dziś. W tamtej chwili walczył o pozycję, na parkiecie zmieniało się wszystko. „To było prawie jakbym słyszał Stepha mówiącego: ‚Obrót. Obrót. Czekam na ciebie.’. Mogłem to poczuć. ‚Obrót. Obrót.'” wspomina KG. Kev w końcu wyzwala się spod opieki obrońcy, biegnie wzdłuż linii końcowej, podczas gdy Marbury lobem dogrywa piłkę w kierunku obręczy. Garnett łapie piłkę nad obręczą i z impetem pakuje ją do kosza, tak jak gdyby chciał podkreślić znaczenie tych punktów. „Ludzie w hali oszaleli. Biegali. Wybiegali z budynku. Nigdy wcześniej nie widzieli czegoś takiego.” wspomina „-oop”.

Pierwszy raz razem na parkiecie. Alley-oop idealny. Alley-oop doskonały. Ktoś mógłby powiedzieć, że było to przeznaczenie. I miałby rację. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że ten z pozoru nic nieznaczący pickup-game będzie początkiem ich wspólnej gry, początkiem czegoś wspaniałego, początkiem przeznaczenia. Przeznaczenia, które na dobre miało się dopiero rozpocząć i które nigdy do końca się nie spełniło. Jednak po kolei.

Do tamtego momentu znali się tylko telefonicznie. Nigdy osobiście.

„Yo, ziomek.”

„Kto mówi?”

„Z tej strony Steph.”

„Mayberry…uh, Marbury?”

„Tak.”

„Tak?”

„Tak”

„Czytałem o tobie…”

Oczywiście słyszeli też o sobie w mediach – Marbury znany był już jako nastolatek, traktowała nawet o nim książka Darcy Frey’a „The Last Shot” wydana w 1994 roku. „Oczywiście, że słyszałem o tym dzieciaku z Nowego Jorku, Mayberry: Niezbyt dobrze rzuca, ale skurczybyk jest szybki.” – Garnett o „Mayberrym”, jak nazywał Stepha przed poznaniem. Z kolei Marbury „widywał się” z Kevinem w poniedziałkowe popołudnia oglądając ESPN, gdzie w programie „Scholastic Sports America” pokazywano m.in. Garnetta robiącego… podwójnego crossovera. „Myślałem: wow, jak na big mana, to nie było normalne. Sądziłem, że gdybym był większy, byłbym jak Kevin. I Kevin sądził, że gdyby był mniejszy, byłby jak ja.”

Jednak aż do tamtego letniego dnia wciąż się mijali. Nie mogli złapać się na ten sam obóz (Garnett uczestniczył w tym organizowanym przez Nike, z kolei Marbury brał udział w obozie sponsorowanym przez Adidasa), Steph próbował ściągnąć swojego przyjaciela do jednej sezonowej drużyny w Nowym Jorku, jednak matka Garnetta stwierdziła, że ten nagrał się już w kosza i nie pozwoliła synowi jechać na Wschodnie Wybrzeże. „Jestem znana z mówienia wielu nie.” Marbury chciał także, aby Kevin po incydencie w Mauldin przeniósł się na Brooklyn i dołączył do liceum im. Lincolna. Shirley kolejny raz powiedziała jednak nie – wiedziała, że wspólna gra byłaby błogosławieństwem dla obu, ale na pewno nie poprawiłaby złych nawyków Kevina. Nie chodzi jednak o używki czy inne tego typu sprawy. Chodzi o naukę. Kevin nigdy nie był orłem, nigdy również nie przykładał się zbytnio do nauki. Choć nie stało się tak, jak chciał Steph – przeniesienie się Garnetta do Chicago i tak umożliwiło im pierwsze, a także kolejne spotkania.

Te kolejne spotkania to m.in. coroczny McDonald’s All-Amercian Game (1995), w którym obaj wystąpili, obok takich graczy jak choćby Shareef Abdur-Rahim czy Antawn Jamison. Garnett został zresztą Most Outstanding Player tego spotkania zapisując na swoim koncie 18 punktów, 11 zbiórek, 4 asysty i 3 bloki. Nie byłoby jednak tego wyróżnienia, gdyby nie świetna gra w rozgrywkach szkolnych. Kevin świetnie odnalazł się w nowym otoczeniu i w swoim ostatnim roku gry w szkole średniej poprowadził Farragut do bilansu 28-2, a sam został wyróżniony tytułem „National High School Player of the Year” przez prestiżowy USA Today. Prócz tego zgarnął tytuł „Mr. Basketball for the State of Illinois”. Nie ma co się dziwić – Garnett notował średnio 25.2 punktów, 17.9 zbiórek, 6.7 asyst i aż 6.5 bloków na mecz przy skuteczności z gry na poziomie prawie 67%! W ciągu czterech lat gry w szkołach średnich w Mauldin i Chicago zdobył łącznie imponujące 2553 punktów, zebrał 1809 piłek i zablokował 737 rzuty. Nie mniejsze sukcesy odnosił Steph, który był przecież jednym z najlepszych graczy w całym stanie Nowy Jork – poprowadził on szkolną drużynę do miejskiego mistrzostwa i został wyróżniony m.in. tytułami „New York State Mr. Basketball” czy też „Gatorade’s- ” i „Parade’s Player of the Year”, notując w swoim ostatnim sezonie w szkole średniej ponad 28 punktów i 9 asyst na mecz.

Dzięki świetnej grze oczy wielu uczelni były zwrócone zarówno na Marbury’ego, jak i na Garnetta. W przypadku tego drugiego największym problemem były wspomniane wcześniej trudności w nauce. Trudności takich nie miał Steph i dlatego na początku 1995 roku Garnett włączając automatyczną sekretarkę usłyszał znajomy głos oznajmiający „Zdałem testy, ziomek! Kwalifikuje się!”. Marbury napisał wymagany test ACT na wystarczającą ilość punktów, która zgodna była z wymogami pierwszej dywizji NCAA. Tym samym spełnił warunki kwalifikacji i mógł bez problemu wybierać się na studia. Niestety Garnetta spotkał odmienny los. „Stephon powtarzał mi ‘Zdasz, zdasz’. Ale to wprowadziło mój stan umysłu, w uczucie, że nie jestem wystarczająco inteligentny, by zdać ten test. Byłem w trudnej sytuacji”. Marbury wybrał Georgia Tech., z kolei Garnett postanowił zgłosić się do draftu – decyzję podjął po wspomnianym spotkaniu McDonald’s All-American, w którym zaprezentował się najlepiej ze wszystkich – w plebiscycie zorganizowanym z okazji 35-lecia tych gier został nawet wybrany jednym z najlepszych graczy, którzy w takim spotkaniu uczestniczyli.

Kevin stał się tym samym pierwszym graczem od ponad dwóch dekad, który przystępował do draftu od razu po szkole średniej. Był 28 czerwca 1995 roku. Marbury decyzję od dołączeniu do Georgii Tech. podjął już w kwietniu i teraz przygotowywał się do swojego pierwszego sezonu w NCAA. Tymczasem Garnett był wtedy w hotelu w Toronto – z niepewnością i zniecierpliwieniem czekał na wieczorny draft. Nagle zadzwonił telefon. Garnett podniósł słuchawkę. Dzwonili, by powiedzieć mu o wynikach poprawkowego, ostatniego testu ACT. Tym razem zdobył wystarczającą ilość punktów, by zagrać w koledżu. Szansa, by zagrać ze Stephem w jednej drużynie nigdy nie była tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Było jednak za późno. Garnett nie mógł wycofać się już z draftu. Przeznaczenie musiało poczekać.

Tamtego wieczora na Kevina postawili Minnesota Timberwolves. Został wybrany z numerem piątym, co było naprawdę dużym sukcesem i sporym wyróżnieniem – przecież nikt nie wiedział na co stać 19-letniego wtedy skrzydłowego. Czy cztery doskonałe lata w szkole średniej mogły być gwarantem, potwierdzeniem dobrego wyboru? Kev trafił w zasadzie do swojego odpowiednika – młodego, dopiero „raczkującego” zespołu w NBA – Timberwolves dołączyli przecież do ligi przed sezonem 1989/90 i jeszcze nigdy w swojej historii nie wygrali w sezonie więcej niż 29 spotkań. Gdy Garnett dołączał do Wilków, te były w fazie przebudowy – zrobiono kilka transferów, jednak po słabym początku sezonu ze stanowiskiem trenera pożegnał się Bill Blair, którego zastąpił Flip Saunders. To właśnie Saunders zdecydował się przesunąć młodego zawodnika do pierwszego składu. Jak się szybko okazało był to dobry ruch, a Garnett wraz ze sprowadzonym przed sezonem Tomem Gugliottą stanowili nową siłę Wolves. Jednak we dwójkę nie byli oni w stanie zdziałać nic wielkiego i pomimo dobrego statystycznie sezonu nie pomogli Minnesocie po raz pierwszy w historii awansować do fazy posezonowej. Garnett w swoim pierwszym sezonie na zawodowych parkietach notował solidne statystyki na poziomie 10.4 punktów, 6.3 zbiórek i 1.8 asyst, co zaowocowało wyborem do drugiej piątki najlepszych żółtodziobów. Warto dodać, że Kevin był wtedy najmłodszym graczem, nie tylko ówczesnej NBA, ale także w całej historii – debiutując miał dopiero 19 lat i 11 miesięcy na karku.

Tymczasem Marbury rozgrywał swój pierwszy, i jak się później okazało jedyny, sezon na uniwersyteckich parkietach NCAA. Steph swoją świetną grą zwrócił uwagę wielu skautów, ale w walce o jego zrekrutowanie liczyły się tylko dwa uniwerki – Georgia Tech. oraz Syracuse. Marbury wybrał grę dla trenera Bobby’ego Creminsa, ponieważ wcześniej miał on okazję pracować z wcześniej wspomnianym Kennym Andersonem , który odniósł przecież potem niemały sukces w NBA. Z kolei ojciec oraz bracia Stepha woleliby, aby trafił on pod skrzydła Jima Boeheima prowadzącego zespół Syracuse. Wszystko dlatego, że… z sukcesami grała tam inna legenda Nowego Jorku – urodzony w Coney Island (podobnie jak sam Steph) Pearl Washington. Marbury decyzję o przeniesieniu się do NCAA podjął już w czasie trwania swojego seniorskiego roku, ale zwlekał z podpisaniem listu intencyjnego z drużyną Yellow Jackets. Ponadto mówiło się, że dopiero co zatrudniony przez Frenso State trener Jerry Tarkanian zaproponuje stanowisko asystenta trenera ojcu Stepha, jeśli ten wybierze ich uniwersytet. To spowodowało wielkie nerwy na kampusie uczelni, a także u samego trenera Creminsa. Ten wsiadł w samolot i poleciał do Nowego Jorku, by osobiście przekonać Marbury’ego do ostatecznego i właściwego wyboru. Udało mu się i Steph mógł już oficjalnie szukać sobie miejsca w pokoju na kampusie uniwersytetu Georgia Tech. Yellow Jackets stworzyli wtedy solidny skład, w którym obok Stepha grali m.in. Drew Barry (syn Ricka Barry’ego) oraz Matt Harping, czyli przyszli gracze NBA. Marbury z miejsca wskoczył do pierwszej piątki, po tym gdy z zespołu odszedł podstawowy rozgrywający Travis Best. Ciekawy skład pod skrzydłami coacha Creminsa osiągnął bilans 24-12, jednak odpadł już w Sweet Sixteen – ostatnim meczem sezonu dla Yellow Jackets, a także ostatnim meczem na parkietach ligi uniwersyteckiej dla Stepha było spotkanie z Cincinnati, które Georgia Tech. przegrali 70-87. Marbury ze statystykami na poziomie 18,9 punktów oraz 4,5 asyst został mianowany przez prestiżowe Associated Press do Trzeciej Drużyny All-American, a także wyróżniony tytułem Rookie of the Year konferencji ACC. Decyzję o tym, że to jego pierwszy i ostatni rok na Georgia Tech. podjął już po dwóch miesiącach grania w NCAA. Z jednym tylko zastrzeżeniem – musiał mieć gwarancję, że zostanie wybranie w loterii [do 14. picku]. Wśród innych zawodników, którzy zgłosili się wtedy do draftu, a wymieniani byli, jako ci, którzy pójdą w pierwszej kolejności byli m.in. Allen Iverson, Ray Allen, Marcus Camby, Antoine Walker czy Shareed Abdul-Rahim.

Garnett i Marbury, pomimo grania w różnych ligach i na różnych poziomach, nadal utrzymywali ze sobą mocny kontakt. Pierwszy opowiadał drugiemu o życiu w NBA, drugi opowiadał pierwszemu o NCAA i życiu na kampusie. Kevin wiedział, że przed sezonem pojawiła się szansa, by dołączyć do Stepha na uniwersytecie, jednak wtedy było za późno. Jednak gdy tylko dostał się do NBA robił wszystko, aby to Marbury mógł dołączyć do niego. Po każdym treningu zatrzymywał generalnego menedżera T’Wolves – Kevina McHale’a – i wciąż przypominał mu o Marburym. McHale odpowiadał: „Tak, oczywiście, jest świetny, ale co powiesz o tym Iversonie z Georgetown?”. Kiedykolwiek Iverson rozegrał dobre spotkanie Timberwovles robili wszystko, by Garnett także o tym wiedział i by przekonał się właśnie do AI. Jednak KG nie odpuszczał i za każdym razem, gdy to Steph rozgrywał dobre spotkanie z powrotem był u McHale’a. W końcu do młodego gracza uczelni Georgia Tech. przekonał się także GM. „Na początku roku powtarzali mi, żebym patrzył na Iversona, a teraz jest: ‘KG, do mojego biura. Czy twój gość teraz gra? KG, rozmawiaj ze mną. Czy on teraz gra?’” opowiada z uśmiechem Garnett. Był jednak mały problem. „Kevin wciąż powtarzał mi, że musimy mieć tego chłopca, a ja powiedziałem mu, że bardzo byśmy tego chcieli. Ale problemem było to, że wybieraliśmy jako piąci i nie byliśmy pewni czy ten jego chłopiec wciąż będzie dostępny, tak byśmy mogli zarzucić na niego sieć.” mówi McHale.

Były zawodnik Celtów wiedział jednak, że 76ers, którzy wybierali z numerem pierwszym wręcz zakochali się z Iversonie, więc innego wyboru z ich strony być nie mogło. Numery dwa i trzy, czyli dwa kanadyjskie zespoły – odpowiednio Toronto i Vancouver – nie były zainteresowane wyborem rozgrywającego. Dopiero wybierający z czwartym pickiem Milwaukee byli poważnym zagrożeniem w walce o Stepha. Bucks byli też jednak otwarci na jakiekolwiek propozycje, dzięki czemu tuż przed startem draftu McHale oraz generalny menedżer Kozłów, Mike Dunleavy, dobili targu. Postanowiono, że jeśli nie będzie żadnych niespodzianek w Top3, Milwaukee wybiorą Marbury’ego, Timberwolves sięgną po Raya Allena, a następnie zespoły wymienią się tymi graczami. Leśne Wilki były także zobowiązane przekazać Bucks przyszłościowy wybór w pierwszej rundzie draftu. Tak też się stało – z jedynką wybrany został Iverson, a w dalszej kolejności Camby i Abdur-Rahim. Marbury, wybrany z czwórką, paradował już w czapeczce Bucks, gdy powiedziano mu, by zamienił się z Rayem Allenem chodzącym w capie Minnesoty.

Marzenie w końcu się ziściło.

Marzenie nie tylko Marbury’ego, ale także Garnetta. W końcu obaj mogli posmakować przeznaczenia. W końcu mieli okazję zagrać w jednej drużynie, być kumplami z boiska, grać tyle alley-oopów, ile tylko chcieli. W końcu wylądowali w tej samej drużynie, i to na poziomie NBA. Przeznaczenie się wypełniło.

W zasadzie po raz pierwszy zdarzyło się, że ktoś naprawdę cieszył się z bycia graczem Minnesota Timberwolves. Marbury – jak pewnie każdy – mocno cieszył się z samego faktu, że będzie miał okazję zagrać w NBA, ale nie bez znaczenia było też to, w jakiej koszulce przyjdzie mu występować. Tak jak Steph cieszył się z bycia Leśnym Wilkiem, tak też Leśne Wilki cieszyły się z posiadania w swoim składzie Stepha. Jak podkreślał McHale: „Niektórzy ludzie lubią lody czekoladowe, inni lubią waniliowe. Allen Iverson jest bardziej pewny siebie [z ang. flamboyant – także „krzykliwy”, „rzucający się w oczy”] , ale Marbury jest bardziej tym, czego potrzebujemy.”

Minnesota miała zatem w składzie dwie młode gwiazdy, na których zamierzała budować swoją przyszłość. „Rozmawiałem z Clemem Haskinsem [trener University of Minnesota] pewnego dnia i powiedziałem mu, że dwaj moi najlepsi gracze są młodsi niż dwójka jego najlepszych graczy.” mówił Flip Saunders. Duet Marbury-Garnett od samego początku porównywany był do wielkiego duetu Stockton-Malone. „Jeśli będziemy mogli zatrzymać ich razem, w końcu powinniśmy grać o mistrzostwo. Mamy nadzieję, że podpiszemy z nimi długoterminowe umowy. (…) Jeśli chcą grać razem to prawdopodobnie to jest właśnie to miejsce. Mogą chcieć być jak Stockton i Malone, goście, którzy grali ze sobą w jednym miejscu przez długi czas. Magic, Bird, McHale, Russell, West. Kojarzysz tych facetów z klubami, w których grali. Myślę, że to pociąga Kevina i Stephona.” mówił trener Saunders. Oni jednak nie chcieli być kolejnym duetem na miarę Hall of Famers ze stanu Salt Lake City. Chcieli być pierwszymi Garnettem i Marburym. Minnesota wydawała się więc perfekcyjnym miejscem, zresztą tak mówił także Steph: „To jest idealne miejsce do gry w koszykówkę”. Z takiego obrotu spraw cieszył się także Kev, który w taki sposób komplementował swojego przyjaciela: „Najlepszą rzeczą jest to, że ta drużyna wybierając Stepha w drafcie dostała nie tylko świetnego gracza, ale także świetnego człowieka”.

Pierwszy wspólny sezon w barwach jednej drużyny był udany. Garnett stał się pierwszoplanową postacią ligi i jednym z najbardziej wszechstronnych graczy – w porównaniu ze swoim pierwszym sezonem znacząco poprawił statystyki i w drugim roku na parkietach najlepszej ligi na świecie notował średnio 17 punktów, 8 zbiórek, 3.1 asyst, 2.1 bloków i 1.7 przechwytów. Tak dobra gra zapewniła mu udział w All-Star Game – Kevin dostąpił tego zaszczytu po raz pierwszy w karierze. W corocznym Meczu Gwiazd zagrał także ze swoim klubowym kolegą, którym nie był jednak Marbury, a Tom Gugliotta. Tymczasem Marbury już w swoim pierwszym sezonie pokazał, jak wielki talent posiada i, że już jest jednym z najlepszych młodych graczy ligi. Notował średnio 15.8 punktów i 7.8 asyst, jednak ze względu na swój odważny styl gry złapał kilka kontuzji (kilkakrotnie m.in. skręcał kostkę), które co chwila próbowały przeszkodzić mu w złapaniu odpowiedniego rytmu. To chyba również dlatego Stephonowi nie udało się wygrać statuetki dla Najlepszego Żółtodzioba – tę zgarnął Allen Iverson, pomimo tego, że jego 76ers wygrali ledwie 22 spotkania. Duetowi Garnett – Marbury grało się razem bardzo dobrze i niejednokrotnie udawało im się powtórzyć zagranie z hali East Side w Chicago.

Minnesota – oparta w głównej mierze na grze tego duetu oraz wcześniej wspomnianego all-stara Gugliotty – osiągnęła z kolei bilans 40-42 i po raz pierwszy w swojej historii zdołała awansować do playoffów. Tam jednak Timberwolves trafili no broniących tytułu mistrza Houston Rockets z Drexlerem, Olajuownem i Barkleyem na czele. Starzy wyjadacze nie dali szans Wilkom i łatwo pokonali Minnesotę 3-0.

Władze Wilków rozochocone dobrym sezonem zdecydowały się na krok, który w zasadzie przyniósł same najgorsze konsekwencje. Timberwolves zaproponowali Kevinowi Garnettowi sześcioletni kontrakt wart $126 milionów dolarów.

Włodarze byli przekonani, że tym sposobem zapewnili sobie świetlaną przyszłość i zatrzymali gracza, który w przyszłości poprowadzi zespół do pierwszego mistrzostwa. Nie wiedziały jednak jakie skutki będzie miała umowa – była ona przecież pośrednią przyczyną ponad półrocznego lokautu w NBA, a także spowodowała, że klub wydając tyle pieniędzy na jedną umowę dla jednego gracza mocno ograniczył swoje poczynania w na rynku transferowym. Tej decyzji nie zrozumiała druga młoda gwiazda T’Wolves. Steph nie mógł przecież wyłącznie cieszyć się ze szczęścia swojego przyjaciela, ale musiał także patrzeć na siebie i na swój kolejny kontrakt w NBA. Wkraczający w drugi rok gry w NBA rozgrywający myślał, czy Wolves będą w stanie zaproponować mu zadowalający kontrakt. Jak się później okazało, głównie za sprawą lokautu i nowych zasad kontraktowych w nowym CBA, nie byli. Chcąc czy nie chcąc – ucierpiała także na tym ich przyjaźń.

Marbury miał prawo oczekiwać podobnej umowy jak Garnett, bo już w swoim drugim sezonie był jedną z gwiazd ligi. Podobnie jak w przypadku KG, tak i u Stepha sprawdziła się reguła lepszego drugiego roku. W przeciwieństwie do debiutanckiego sezonu tym razem omijały go kontuzje – Marbury rozegrał wszystkie 82 spotkania. Poprawił wszystkie statystyki – notował średnio 17.7 punktów, 8.6 asyst i 1.3 przechwytów w każdym spotkaniu. W górę poszły po raz kolejny także „cyferki” kręcone przez Garnetta, któremu wysokie pieniądze nie zawróciły w głowie. Kevin wciąż poprawiał swoją grą i w trzecim roku gry w lidze notował średnio 18.5 punktów, 9.6 zbiórek, 4.2 asysty, 1.7 przechwytów i 1.8 bloków na mecz.

Jednak co najważniejsze Minnesota oparta na trójce Garnett – Gugliotta – Marbury po raz pierwszy w swojej historii odnotowała dodatni bilans w sezonie regularnym i z wynikiem 45-37 przystępowała do fazy play-off, gdzie spotkała się z Seattle Supersonics. Ponaddźwiękowcy byli wtedy zespołem Gary’ego Paytona, po tym jak wcześniej klub opuścił Shawn Kemp. Mimo tego Sonics ponownie osiągnęli bardzo dobry wynik i do fazy posezonowej przystępowali z drugiego miejsca w konferencji. Payton i spółka łatwo ograli niedoświadczone Wilki w pierwszym spotkaniu. Niespodzianką okazało się więc rozstrzygnięcie meczu numer 2., także rozgrywanego w Key Arena. Timberwolves odnieśli wtedy swoje pierwsze, historyczne zwycięstwo w playoffs. Przejęli oni zatem przewagę parkietu i mieli okazję skończyć serię u siebie (wtedy jeszcze pierwsza runda rozgrywana była przecież do tylko trzech zwycięstw). Niestety dla Minnesoty nie udało się. Co prawda Wolves wygrali trzecie spotkanie w serii, jednak po zaciętym meczu numer cztery nie zdołali zamknąć serii u siebie. To oznaczało powrót do stanu Waszyngton na decydujące starcie, które starzy wyjadacze z Seattle rozstrzygnęli dość łatwo.

Kolejna porażka w pierwszej rundzie tylko wzmocniła narzekanie Stepha. Rozgrywający, już w trakcie sezonu, narzekał na pogodę w Minnesocie, mówił o tęsknocie za domem, a także wspominał, że wolałby grać w większym marketingowo zespole niż T’Wolves. Z kolei dziennikarze wspominali o konfliktach Stepha z trenerami, którzy rzekomo mieli mieć odmienne zdanie, co do jego roli w ofensywie zespołu. Nie układało się także pomiędzy nim, a inną gwiazda drużyny, Tomem Gugliottą. Niestety przyjaźń z Garnettem zeszła już na drugi plan. Marbury odrzucił zwyczajową propozycję przedłużenia kontraktu, którą w umowie miał każdy drugoroczniak, a na pytania o swoją przyszłość odpowiadał, że chętnie zagrałby kiedyś w domu – w Nowym Jorku jak gracz Kinkcs. Tym samym kolejne sezony w barwach Wolves stanęły pod wielkim znakiem zapytania.

Sezon 1998/99 nie rozpoczął się planowo z powodu wcześniej wspomnianego lokautu. Właściciele zaczęli obawiać się, że zawodnicy zaczną zarabiać za dużo, więc wyrazili swój sprzeciw i doszło do pierwszego poważnego lokautu w dziejach ligi. Podobną sytuację mieliśmy latem i jesienią 2011 roku. W obydwu przypadkach zawodnicy wymiękli, gdy zaczęli odczuwać brak wypłat. Podobny był także termin zakończenia obu lokautów – gracze powrócili do gry dopiero w okolicach Nowego Roku. Nowa umowa między właścicielami klubów a związkiem zawodników ograniczyła maksymalny kontrakt dla graczy takich jak Steph do $71 milionów dolarów za sześć lat gry. Umowy takie podpisali m.in. wybrani w tym samym drafcie Iverson czy Ray Allen. Jednak Marbury publicznie powiedział, że nie mógłby grać razem z Garnettem wiedząc, że ten zarabia od niego o wiele, wiele więcej. Ta wypowiedź przysporzyła mu łatkę aroganckiego i samolubnego gracza. Przyjaźń zupełnie przestała się liczyć, mówiło się nawet, że Steph odsunął się od Garnetta po tym, jak ten dostał powołanie do All-Star Game, natomiast on – pomimo dobrego sezonu – musiał obejść się smakiem.

Marbury rozpoczął skrócony sezon jeszcze w Minnesocie. Zdążył rozegrać 18 spotkań,w czasie których notował 17.7 punktów i najlepsze w karierze 9.3 asyst oraz 3.6 zbiórek na mecz. Jednak po tym jak jego agent, David Falk, ogłosił, że jego klient planuje podpisać kontrakt z Chicago Bulls po zakończeniu trwającego sezonu, władzom Timberwolves nie pozostawało nic innego jak spróbować „skleić” jakiś trade, tak by nie zostać z niczym – tym bardziej, że przed sezonem za bezcen do Suns odszedł Tom Gugliotta. Marbury swoje ostatnie spotkanie w barwach Minnesoty rozegrał 9. marca 1998 roku. Wolves po mocno zaciętym spotkaniu ograli wtedy Seattle Supersonics. McHale: „Musieliśmy go wytransferować do klubu, do którego chciał albo podpisałby z Chicago po sezonie. Powiedziałem: ‚Naprawdę chcesz grać dla zespołu, który zamierza wygrać 10 spotkań? Zwycięstwa nie są ważne?’, a on: ‚To jest biznes.’”. Tym samym GM Wolves nie miał wyjścia i, mimo wielu innych propozycji, dobił targu z New Jersey Nets.

W trójstronnej wymianie wzięło udział ośmiu zawodników, a prócz zespołu z New Jersey w wymianie uczestniczył też klub z Milwaukee. Do Nowego Jorku, prócz Stepha, powędrowali także obrońca Chris Carr i skrzydłowy Bill Curley. Timberwolves otrzymali z kolei rozgrywającego Terrella Brandona z Milwaukee oraz Briana Evansa i dwa wybory w drafcie od Nets. NJN byli także zobowiązani wysłać do Bucks Sama Cassela i Chrisa Gatlinga. Do drużyny Kozłów dołączył także Paul Grant, którego oddali Wolves. McHale odrzucił propozycje Miami Heat, którzy oferowali m.in. Tima Hardwaya i P.J.’a Browna czy New York Knicks, którzy mieli juz gotowy plan transferu – również obejmował on trzecią drużynę (także Bucks), a Knicks mieli oddać m.in. Latrella Sprewella i Chrisa Childsa.

Życzenie Marbury’ego w końcu się spełniło. Jeszcze tego samego dnia poleciał on samolotem na wschodnie wybrzeże USA i rozegrał pierwsze spotkanie w nowych barwach przeciwko drużynie 76ers. Zapowiedział on także, że już następnego dnia podpisze ze swoją drużyną długoterminowe przedłużenie kontraktu. Nets byli jednak wtedy czerwoną latarnią ligi i nie zmieniło tego nawet przyjście Stepha. Indywidualne sukcesy (m.in. pierwsza upragniona selekcja do Meczu Gwiazd) zupełnie nie przekładały się na drużynę. Marbury dokończył skrócony sezon notując średnio 22 punkty w każdym spotkaniu, ale słabi Nets zdołali wygrać jedynie 16 spotkań. Dość powiedzieć, że podczas pobytu Marbury’ego w New Jersey drużyna ani razu nie zagrała w playoffach. W przeciwieństwie do swojego byłego kolegi Kevin Garnett swoją drużynę prowadził tam rokrocznie.

Dalszą część historii znacie już pewnie bardzo dobrze. Marbury został wytransferowany do Phoenix Suns za Jasona Kidda (nawiasem mówiąc to właśnie ten transfer zamienił Nets ze słabeuszy w dwukrotnych finalistów ligi). Steph również tam nie spełnił jednak oczekiwań – najbardziej pamiętnym momentem w jego historii występów z Suns był niesamowity buzzer-beater w pierwszej rundzie playoffs z 2003 roku, kiedy to Phoenix mierzyli się ze San Antonio Spurs. Niestety dla Suns – był to jedyny wygrany mecz w tej serii, Spurs pewnie zwyciężyli pozostałe mecze, a potem zdobyli kolejny tytuł mistrzów NBA. Po zakończeniu tamtego sezonu największe marzenie Marbury’ego zostało spełnione – trafił on w końcu do „swoich” New York Knicks. W wymianie wzięło też udział m.in. dwóch pierwszych Polaków w NBA – mowa oczywiście o Cezarym Trybańskim i Maćku Lampe.

Przejście Stephona do Nowego Jorku nie było jednak marzeniem, a koszmarem. Steph przede wszystkim kłócił się z trenerami, a dopiero potem grał. Sprzeczki z Larrym Brownem oraz Isiahem Thomasem doprowadziły do utraty stanowisku przez obu trenerów. Nie mogły one też dobrze wpływać na grę Marbury’ego, ale przede wszystkim na grę całego zespołu, który popadł w marazm i nie mógł nawet dostać się do playoffów. Gdy zespół objął Mike D’Antoni do Nowego Jorku przyszedł także solidny rozgrywający Chris Duhon, który jakby rozwiał wszystkie wątpliwości, co do przyszłości Stephona w rodzinnym mieście. Marbury przegrał z nim walkę o miejsce w składzie, a gdy D’Antoni powiedział mu, że może dać mu szansę zagrania po 35 minut w meczu, jeśli tylko chce, ten odmówił uznając, że drogi jego i New York Knicks najzwyczajniej się rozeszły.

W tym samym czasie Kevin Garnett niemal samodzielnie ciągnął swoją drużynę do playoffów stając się pierwszoplanową gwiazdą ligi. Dopiero latem 2003 roku otrzymał spore wsparcie w postaci m.in. Latrella Sprewella i Sama Cassella. Wolves wygrali wtedy rekordowe w historii organizacji 58 spotkań, a Garnett rozegrał chyba najlepszy sezon w karierze, czego dowodem jest statuetka MVP sezonu regularnego 2003/04 i imponujące statystyki – KG notował średnio 24.2 punktów, 13.9 zbiórek, 5 asyst, 2.2 bloków i 1.5 przechwytów w każdym spotkaniu. T’Wolves łatwo pokonali w pierwszej rundzie Denver Nuggets, jednak już w drugiej rundzie mocno męczyli się z Sacramento Kings, których pokonali dopiero po siedmiu spotkaniach. Do Finałów Konferencji przystępowali w zasadzie bez rozgrywającego, po tym jak kontuzji doznali Sam Cassell i Troy Hudson. Z niedoświadczonym Darrickiem Martinem na jedynce oraz często grającym w roli point-forwarda Garnettem, Wolves dali radę wyszarpać LAL tylko dwa spotkania. Był to ostatni tak dobry sezon Kevina w Minnesocie. Kolejne przyniosły rozczarowania, zabrakło wsparcia dla osamotnionego Garnetta i w rezultacie Wilki przez trzy następne sezony nie awansowały do playoffów. Frustracja Kevina sprawiła, że Wolves – sami nie mogąc zapewnić swojej gwieździe wystarczającego wsparci – postanowili dać mu szansę zdobycia gdzie indziej. Kevin łączony był z m.in. Bulls, Lakers czy Pacers, jednak po kilku zawirowaniach ostatecznie wylądował w Boston Celtics, gdzie razem ze świeżo pozyskanym Rayem Allenem i długoletnim kapitanem klubu, Paulem Pierce’em, stworzył Big Three. Już w pierwszym spotkaniu Celtics rozgromili Wizards, a Garnett zaliczył imponujące 22 punkty, 20 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwyty i 3 bloki. Celtowie kontynuowali świetną grę przez cały sezon i po bardzo emocjonujących playoffach oraz finałowej serii z odwiecznymi rywalami z Los Angeles sięgnęli po upragniony, 17. tytuł w swojej historii, na który czekali 22 lata.

W kolejnym sezonie drogi Showbiza i KG ponownie i już ostatecznie się skrzyżowały. Celtowie potrzebowali back-upu dla Rajona Rondo, więc sięgnęli właśnie po Marbury’ego, dla którego Boston miał być miejscem, w którym odbuduje on choć trochę swoją karierę. Garnett nie miał wtedy nic przeciwko dołączeniu do zespołu Stepha, mówił nawet: „Czuję, że wciąż ma w sobie wiele koszykówki. Wiem, że ma wysokie, bardzo wysokie IQ. Jest jednym z najlepszych rozgrywających, z którymi można zagrać. Nie miałbym nic przeciwko temu.” Boston nie okazał się jednak miejscem, gdzie Marbury mógłby się odrodzić, on sam nie był także zbawcą Celtów, którzy – grając bez kontuzjowanego Garnetta – polegli już w półfinałach konferencji z niżej notowanymi Orlando Magic. Steph otrzymał po sezonie propozycję kontraktu od Celtics, ale uznał ją za zbyt niską i przeniósł się do Chin, gdzie czekał na niego wielki, nie do końca jeszcze odkryty rynek – to właśnie tam Marbury ponownie się odnalazł i został wielką gwiazdą, jednak już bez szans na powrót do NBA i walkę o tytuł mistrza.

Powyższa historia nie ma szczęśliwego końca, jeśli mielibyśmy założyć, że to przyjaźń da podwaliny do wspólnej kariery i wspólnego sukcesu opisywanej dwójki. To tylko pokazuje, że nic nie ma szans w starciu z tak wielką machiną, jaką jest NBA, a to, co się tutaj liczy to przede wszystkim biznes. Oczywiście po części winni są sami zawodnicy, których pazerność na pieniądze sprawia, że nie widzą oni nic innego. Tak samo było w przypadku Stephona Marbury’ego, który był tylko kolejną gwiazdą kilku sezonów. My możemy tylko gdybać „co by było…”, gdyby duet ten kontynuował swoją karierę w mroźnej Minnesocie, gdyby ich przyjaźń przetrwała w ciężkich realiach zawodowej koszykówki? Czy byliby w stanie doprowadzić Wilki do tytułu? Czy stworzyliby duo na miarę Stocktona i Malone’a? O tym jednak już nigdy się nie przekonamy i paradoksalnie to właśnie jest ta część „what-if-story”, która sprawia, że tak chętnie o nich „gdybamy”…

 Autor: Tomek Kordylewski (Timi)