Jedno zagranie The Truth, które Danny Ainge zapamiętał najlepiej

Paul Pierce jest już legendą Boston Celtics w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli przyjąć, że to koszulka pod dachem bostońskiego Ogródka jest właśnie taką pieczątką, Paul Pierce od 11 lutego 2018 roku na stałe wszedł do historii klubu. Można się jednak spierać, czy to rzeczywiście zastrzeżenie numeru o tym decyduje, czy może jednak wszystko to, co miało miejsce przed tym; wszystko to, co doprowadziło do tego, że koszulka zawisnęła właśnie tam wysoko. W przypadku Pierce'a, z łatwością można wskazać na tę drugą opcją. Wszystko to, co sprawiło, że jego numer został przez Celtics zastrzeżony, uczyniło z niego legendę. A ceremonia była tylko i wyłącznie tego potwierdzeniem.

Legendarnych występów Pierce'a w barwach Celtics było wiele. Te najbardziej zapamiętane dotyczą oczywiście zdobytego w 2008 roku mistrzostwa po finałach z Los Angeles Lakers. Pierwszego i (niestety) jedynego mistrzostwa w karierze ex-kapitana Celtów. Ale przecież głupstwem byłoby zamykać karierę tak wybitnego Celta w jednym ledwie roku - ten jeden zakończył się co prawda w najlepszy możliwy sposób, natomiast Pierce przez 15 lat gry w Bostonie dokonał także mnóstwa innych rzeczy. Wielki powrót w serii z New Jersey Nets, niezliczone game-winnery, druga lokata na liście najlepszych strzelców w historii klubu albo może rzecz najbardziej niezwykła w tym wszystkim, czyli rozegranie wszystkich 82 meczów ze średnią ponad 25 punktów na spotkanie jak gdyby 11 ciosów nożownika na kilka tygodni przed startem rozgrywek to było nic.

Takich definiujących gracza momentów było więc w karierze Pierce'a wiele. Tak dużo, że mógłby nimi obdarować innych zawodników, a i tak tych momentów pozostałoby jeszcze naprawdę sporo. I o każdym takim momencie mógłby powstać oddzielny artykuł, o każdym meczu osobny film, o każdym trafieniu można by napisać inną narrację. I to chyba właśnie dlatego można powiedzieć, że o staniu się legendą nie decyduje to, jakich honorów dostąpiłeś, tylko dlaczego udało ci się je dostąpić. W karierze Pierce'a tych powodów znajdzie się mnóstwo, a fani będą wymieniać się kolejnymi momentami, wskazując i uzasdniając ten "swój", ten jedyny, ten ulubiony.

Danny Ainge też ma swój ulubiony moment.

Moment, w którym - jak sam powiedział na ceremoniii - Paul Pierce mógł w zasadzie uratować nadzieje Celtów na zdobycie mistrzostwa w 2008 roku.

Wiecie, poza tym, że to nie był jakiś tam mecz, bo Celtics drugą serię z rzędu walczyli o przetrwanie w Game 7, to nie był też jakiś tam mecz Paula Pierce'a. To był ten mecz Paula Pierce'a, w którym The Truth stanął na przeciwko 24-letniemu LeBronowi Jamesowi i zagrał jedno z najlepszych spotkań w swojej karierze. Ten sam LeBron ledwie rok wcześniej doszedł przecież do finałów ligi, gdzie dostał co prawda łomot od San Antonio Spurs, ale miał już na koncie przejmowanie meczów, dosłowne przejmowanie, jak w finałach konferncji przeciwko Detroit Pistons, kiedy na przykład w spotkaniu numer pięć zdobył 29 z ostatnich 30 oczek zespołu.

Celtics mieli za sobą siedem zaskakujących meczów przeciwko Hawks, bo przecież jako numer jeden sezonu regularnego nie powinni mieć takich problemów w starciu z Atlantą. Kolejny poważny sprawdzian dla ich mistrzowskich aspiracji czekał w półfinałach konferencji, gdzie Cavaliers dzielnie walczyli przez sześć meczów, a seria mocno nawiązała do lat 80. czy 90. ze znakomitą defensywą z obu stron. Kevin Garnett kontra Ben Wallace, LeBron James kontra Paul Pierce. Tylko raz udało się w tej serii jednej z drużyn przekroczyć granicę stu oczek. Cavs przyjeżdżali do Bostonu na decydujące starcie po wygranej 74-69 dwa dni wcześniej. W sześciu meczach serii, ekipa z Cleveland pozwoliła Celtom na średnio 80.6 punktów, podczas gdy bostońska defensywa oddawała rywalom 84.0 punktów.

I tak samo wyglądało spotkanie numer siedem. Twarda, często wręcz brutalna defensywa z obu stron. Sporo fauli, sporo brzydkich zagrań. Cavaliers zdobyli w pierwsze 12 minut meczu zdobyli... 13 oczek, choć i Bostończycy mieli ogromne problemy w ataku, zdobywając ledwie pięć punktów więcej. Nie przyjechał na ten mecz Ray Allen, który na konto zapisał zaledwie cztery punkty, z czego dwa zdobył z rzutów wolnych na jakieś 20 sekund przed końcem spotkania. Od samego początku to Paul Pierce ciągnął więc wózek z napisem Celtics, raz po raz dostając wsparcie m.in. od Kevina Garnetta czy może przede wszystkim od PJ Browna, który okazał się nieoczekiwanym bohaterem całego spotkania. Po drugiej stronie był jednak ten czołg, ta maszyna o nazwie LeBron James - tamtego wieczoru Bostończycy potrzebowali kogoś, kto będzie w stanie zagrać tak samo dobrze i kto będzie w stanie zagrać jak supergwiazda.

Tym kimś był właśnie Paul Pierce.

Dzięki temu dostaliśmy wspaniałe widowisko, w którym Pierce i James stoczyli niesamowity bój. Akcja za akcją, The Truth dokładał kolejne punkty po trudnych trafieniach z mid-range, podczas gdy James bez niespodzianki świetnie dostawał się w paint, by już dość niespodziewanie dołożyć także kilka trafień zza łuku. Cavs nigdy jednak w tym meczu nie mieli prowadzenia, choć zdołali odrobić 13 oczek straty z pierwszej połowy i po jednym z niewielu błędów Pierce'a tego wieczoru, kiedy po kolejnym podwojeniu udało się Jamesowi wyłuskać piłkę i zamienić wsad na dwa punkty, drużyna przyjezdnych przegrywała już tylko jednym punktem na 2:20 przed końcem spotkania.

W odpowiedzi znów trafił ten nieoczkiwany w Bostonie bohater, czyli PJ Brown. Pierce miał już wtedy na koncie 39 punktów, jednak od ostatniego trafienia minęło już pięć minut. Pojawiło się zmęczenie, ból, kolejne błędy.

39 punktów w starciu z Cavaliers, z tym LeBronem Jamesem, w meczu numer siedem półfinałów konferencji. Już samo to wystarczało, aby Pierce przeszedł do historii. Wystarczyło tylko dowieźć zwycięstwo do końca. Cavaliers nie zamierzali jednak odejść spokojnie. Na nieco ponad minutę przed końcem rzut na pierwszy od początkowych minut remis miał Delonte West, jednak piłka nie znalazła drogi do kosza. Złapał ją James Posey, zanurkował po nią też Zydrunas Ilgauskas. Tło tej historii już zresztą znacie, bo opowiedział o tym Danny.

Wiecie więc już też, co zrobił wtedy Pierce.

Jeff Van Gundy miał rację. Big Z wygrał jumpball, a James Posey nie miał większych szans w starciu z litewskim wielkoludem.

Zmęczony, obolały Pierce tym razem się jednak nie pomylił. Na równo minutę przed końcem piłka wyszła w górę, a The Truth znakomicie przewidział, co się zaraz stanie.

Reakcja mówi wszystko.

Pierce był już o krok od zagrania w swoich ledwie drugich w karierze finałach konferencji. Ból, zmęczenie? To się nie liczy, kiedy jesteś tak blisko swojego celu. Bez wygranej w tym meczu nie ma mowy o awansie. Bez awansu do kolejnej rundy nie ma mowy o mistrzostwie. Bez mistrzostwa nie ma spełnienia marzeń. Nie ma tego, na co tak ciężko pracujesz.

The Truth wiedział więc, że za wszelką cenę musi dopaść do tej piłki. Pal licho, że Celtics spudłowali w kolejnej akcji, dając Cavaliers jeszcze jedną szansę, której ci ponownie nie wykorzystali. Reszta jest już historią, w której Bostończycy trafiają wszystkie swoje rzuty wolne, w tym także Pierce dokłada dwa kolejne punkty, tym razeme z pomocą ducha Reda Auerbacha.

Bostończycy świętują więc awans do finałów konferencji, gdzie po drodze do finałów ligi znów przeżywamy mnóstwo wspaniałych momentów, chwil i akcji. Podobnie jest w ostatecznym starciu z Los Angeles Lakers, kiedy Celtics po 21 latach wracają do finałów NBA, by po 22 latach przerwy zdobyć mistrzostwo. Pierwsze w karierze nie tylko Pierce'a, ale też Kevina Garnetta i Raya Allena. To też jest moment, który definiuje karierę, który definiuje legacy. Uniesienie w góre trofeum Larry'ego O'Briena na pewno pomaga też, kiedy zastanawiają się, czy zastrzec twój numer. Tyle tylko, że w przypadku Pierce'a nikt się w ogóle nad tym nie zastanawiał.

Był to jedyny raz w karierze Pierce'a, kiedy udało się to trofeum ponad głowę wznieść. Rok później kontuzja Kevina Garnetta nie pozwoliła Celtom na obronę tytułu. W roku 2010 to ponownie Pierce i jego Celtics wyeliminowali LeBrona z marzeń o tytule. Teraz już wiecie, dlaczego James tak bardzo nie lubi Pierce'a i dlaczego nawet słowa nie powiedział, kiedy Celtowie zastrzegali numer The Truth. Co by jednak nie mówić, najpierw w 2011 roku, a potem (i chyba przede wszystkim właśnie wtedy) w 2012 roku James tryumfował nad Bostonem, żegnając raz na zawsze złe duchy. A przecież było tak blisko, bo po kolejnym wielkim rzucie Pierce'a nad bezradnym LeBronem to bostoński zespół prowadził w serii 3-2, mając w perspektywie mecz numer sześć w Ogródku.

Wszystko to jednak są tylko momenty, kolejne akcje, wielkie czy mniejsze chwile. I wszystkie składają się w jedną całość, a na dodatek całość ze sobą niezwykle powiązaną. Bo bez jednego nie byłoby drugiego. Każdy moment, każda akcja, każda chwile definiuje to kim jesteś, ale też kim będziesz. W przypadku Pierce'a, wszystko to, co zrobił przełożyło się na ten ostateczny triumf w 2008 roku i zdefiniowało go jako legendę Boston Celtics. Tamten mecz, te 41 punktów, ten szczęśliwy rzut wolny, te kolejne rzuty z mid-range, te trójki i wreszcie to wielkie poświęcenie przy jumpballu na równo jedną minutę przed końcem. To wszystko też ma ogromne znaczenie, to wszystko też definiuje Paula Pierce'a. Tak jak i każdy inny jego mecz w barwach Celtics.

Ten jeden, konkretny mecz ma też jednak znaczenie w nieco innym kontekście, który pojawił się w 2017 roku - siedem lat po tamtych wydarzeniach, Celtics znów wygrali siódmy mecz w półfinałach konferencji, tym razem jednak z Washington Wizards. Siedem lat po tamtych wydarzeniach, zrobiła to zupełnie inna drużyna, która dzięki wygranej nad Wizards mogła szykować się na starcie z... LeBronem Jamesem, wtedy już ukształtowanym graczem, mistrzem NBA i zawodnikiem, który zdołał pokonać bostońskie demony przeszłości. Na czele tamtej drużyny stał Isaiah Thomas, a prawie że legendarny występ zaliczył Kelly Olynyk. Jak zresztą mówił po meczu Isaiah, grający wtedy z kontuzją biodra, która koniec końców tak bardzo namieszała w jego karierze, w noc przed decydującym starciem z Wizards oglądał to wielkie starcie Pierce'a z Lebronem, Celtics z Cavaliers.

Reporter zadający Thomasowi pytanie, powiedział zresztą bardzo starą, ale jakże aktualną prawdę: to w meczach numer siedem rodzą się legendy.

Historia zatoczyła koło, bo przecież prawie dokładnie 20 lat przed LeBronem i Pierce'em w zasadzie bliźniaczy pojedynek stoczyli Larry Bird oraz Dominique Wilkins. Hawks przyjechali wtedy do Boston Garden na mecz numer siedem... półfinałów konferencji. Wilkins zdobył wtedy 47 punktów (17 w czwartej kwarcie), a Doc Rivers, ówczesny rozgrywający zespołu z Atlanty, rozdał aż 18 asyst, podczas gdy Bird zaliczył "tylko" 34 punkty (z czego 20 w czwartej odsłonie), ale poprowadził swój zespół do zwycięstwa 118-116, dostając ogromną pomoc od Kevina McHale, który zrobił 33/13 i cztery bloki. Dokładnie tak, jak miało to miejsce 20 lat później - bezpośredni pojedynek wygrał LeBron, ale zwycięstwo w bitwie to udział Pierce'a. Fani w końcu mogli zapomnieć już o tym, co zrobili Bird i Nique, a zapamiętać pojedynek LeBrona z Paulem, mówił po meczu James. Pojedynek momentalnie klasyczny, jak to określił Kevin Garnett zaraz po spotkaniu.

W meczach numer siedem naprawdę rodzą się legendy. Choć może "rodzą" to zbyt duże słowo, bo przecież te legendy rodzą się znacznie wcześniej, one w tych meczach numer siedem tylko potwierdzają swój status. Tak jak zrobił to Bird, tak jak zrobił to potem także Pierce.

Boston Garden, czy jakkolwiek inaczej chcecie nazwać halę, w której Celtics grają swoje mecze, widziało mnóstwo znakomitych graczy, znakomitych pojedynków i ten pomiędzy LeBronem a Pierce'em na pewno jest gdzieś tam na samej górze, jeśli chodzi o historię. Ranga tego meczu, pokaz siły obu graczy, wreszcie trochę tej mistycznej, bostońskiej legendy, która zdaje się czuwała tamtego wieczoru nad pomyślnym zakończeniem dla Celtów. Pamiętajmy, że Bostończycy walczyli wtedy o pierwsze od ponad dwóch dekad mistrzostwo. Że jak pokazała historia, kontuzje uniemożliwły powtórkę tego sukcesu. Że patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, wiemy już, że wtedy zdobyte mistrzostwo było jednym dla tego zespołu, jedynym dla większości zawodników. Z tego choćby powodu, z powodu tego, co dziś wiemy, można tylko i wyłącznie jeszcze bardziej docenić znaczenie występu Pierce'a. The Truth sam po meczu przyznał, że jest po prostu szczęśliwy, że seria się już skończyła, bo nic tak nie męczy jak gra przeciwko Jamesowi.

Nie inaczej było tamtego wieczoru, ale Pierce jakby po prostu wiedział, że musi dać z siebie wszystko. Że taka szansa może się już nie powtórzyć. Mistrzostwo buduje się małymi krokami. Kolejnymi wygranymi. Kolejnymi trafieniami. Rzut po rzucie, wyłuskaną piłką po wyłuskanej piłce. Poświęceniem i determinacją.

I trudno znaleźć kogoś, kto wie o tym lepiej niż Paul Pierce.



SKOMENTUJ! CHCESZ WIĘCEJ TAKICH ARTYKUŁÓW - PISZ!

Want more content like this?

Like our GiveMeSport Facebook Page and you will get this directly to you.

Already Subscribed to Facebook, don't ask me again

Follow GiveMeSport on Twitter and you will get this directly to you.

Already Following, don't ask me again

Like our GiveMeSport Page and you will get this directly to you.

Already Subscribed to G+, don't ask me again