Okiem kibica: "Big 4" w Bostonie...
Jeśli myśleliście, że ta opowieść będzie rozprawką o wejściu Rajona Rondo w szeregi Wielkiej Trójki, muszę Was rozczarować. Rzecz się tyczy innej wielkiej czwórki. Czwórki naszych rezerwowych.

Ale może zacznijmy od początku.


Rok 2008 zapisze się w historii Boston Celtics złotymi zgłoskami. Przyjście Raya Allena i Kevina Garnetta otworzyło szansę na zdobycie pierwszego po 22 latach wówczas mistrzostwa NBA i nawiązania w jakiś sposób do tradycji wielkich zespołów z czasów Reda Auerbacha, czy potem Larry'ego Birda. "Big 3" spełniła swoje wielkie marzenie o zdobyciu najważniejszego pierścienia w kolekcji swojej biżuterii.Jednak nawet pomimo takich osobistości w pierwszej piątce Celtowie mogliby nie zdobyć tytułu, gdyby nie znakomita ławka rezerwowych.

Eddie House, James Posey, PJ Brown, Leon Powe. Ależ to była "paka".



Wspominając nazwiska powyższych zawodników oraz ich wpływ, jaki mieli na sposób gry Celtów, w trakcie ubiegłorocznych playoffs, a już zwłaszcza w obecnym sezonie, wielokrotnie ogarniała mnie nostalgia. Gdybyśmy mieli takich rezerwowych, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Stan posiadania na bostońskiej ławce budził tymczasem co najwyżej mieszane uczucia. Wszystko zaczęło się od tajemniczej kontuzji Glena Davisa, spowodowanej "zabawami z przyjacielem", która zabrała mu lwią część sezonu regularnego. Się zabawili. Po świetnych playoffs liczyłem, że Davis może stać się wiodącą postacią Bostonu, aspirującego nawet do miana pierwszego "szóstego" w NBA. Przeliczyłem się. Nawet po powrocie na parkiet, Davis nie mógł przez bardzo długi okres odzyskać dobrej dyspozycji, a zwłaszcza zaufania Doca Riversa. Znalazł sobie za to rozrywkę w postaci wymyślania kolejnych ksywek. On już nie chciał być Big Baby. Bo przecież przeszedł transformację.

No to jaką chcę mieć ksywkę? Już wiem! Mówcie mi Uno. Uno Uno.

Albo nie...

Tak naprawdę to jestem Ticket Stub.




Powiedzcie: jak na faceta można nie mówić Big Baby?

Światełkiem w tunelu miał być Daniels. Jego zaangażowanie wydawało się bardzo dobrym ruchem i w pierwszych meczach grał zgodnie z oczekiwaniami, ale okazało się, że całe jego dobre samopoczucie zależy od kciuka. Po wyleczeniu tej bardzo ciężkiej kontuzji, która przecież kończyła już kariery całych zastępów zawodników, zamienił się ze swoim własnym cieniem. I ani myślał się odmienić z powrotem. W międzyczasie Boston zatracał gdzieś ducha rywalizacji, potrafił przegrywać z najgorszymi drużynami w lidze, dając nam wielokrotnie powody do frustracji. Jakby tego było mało, Danny Ainge sprowadził Rasheeda Wallace'a jako pierwszego wchodzącego, który na początku sezonu wyróżniał się dość sporawą oponą w okolicach talii i niewyparzoną.... no, wiecie czym. Pojawiało się pytanie nie o to, czy złapie kolejnego technika, ale kiedy. Co oczywiście sugerowało posunąć się dalej w przemyśleniach i zastanowić się, czy pobije rekord fauli technicznych, czy nie. W momencie, gdy zaczął jeszcze w wywiadach podkreślać, że nie interesują ich mecze sezonu regularnego, bo, cytuję, "są nudne" - przegiął.

Moja opinia na jego temat ukształtowała się w 100 procentach.

To cancer.

Trudno się do tego przyznać, ale nienawidziłem zawodnika własnego zespołu. Gdyby to ode mnie zależało, wykupiłbym jego kontrakt i wykopałbym z zespołu z siłą mocarnego uda Sebastiana Janikowskiego. Niewyobrażalnym było, jak można zaszczepiać w kolegach z zespołu ducha wszystkomiwisizmu. W tych samych, którzy w playoffs 2009, pomimo przeciwności i braków kadrowych, potrafili w seriach z Chicago i Orlando bronić Celtyckiej Dumy w tak heroiczny sposób, że pomimo porażki miałem pełne prawo chodzić z podniesionym czołem. I byłem z nich dumny. Wiedziałem, że zrobili absolutnie wszystko, na co było ich wtedy stać.

Tymczasem Wallace otwarcie mówi, że nie zależy im na meczach w RS. Że przycisk włączą dopiero w playoffs. Hołdując postawie braku profesjonalizmu i lekceważenia własnych kibiców. I nie słyszę żadnej dezaprobaty dla takiego zachowania ze strony czy pozostałych zawodników, czy managementu Bostonu. Jakby można było po prostu przełączyć przycisk na lepsze granie, kiedy nadejdą playoffs. Tak po prostu. Pfffffffff...... Miodzio, myślę sobie. Gorzej już na pewno nie będzie.

No i wtedy sprowadzili Robinsona...



A jakże, moja reakcja nie miała prawa być inna. Dostałem kota. Jak było można Eddiego House'a, stabilne zastępstwo dla Raya Allena, wkomponowanego taktycznie do zespołu, a w dodatku "walczaka", wymieniać na koszykarza biegającego z zieloną piłką, nie mającego nawet pojęcia o istnieniu słowa "obrona". Dodatkowo jeszcze w paczce z Walkerem, którego zawsze uważałem za koszykarza o sporym potencjale. Zaraz jednak pomyślałem sobie, nie denerwuj się, zobaczysz kilka spotkań... Byłem niezmiernie zdziwiony faktem, ze Robinson po wejściu na boisko czuje się bez mała pierwszą opcją w ofensywie, co chwila decydując się na rzuty i mając "w poważaniu" wszelkie schematy. Doc musiał na szczęście widzieć podobnie, czego skutkiem była kurcząca się liczba minut spędzanych przez Robinsona na parkiecie. W połączeniu z Sheldenem Williamsem, który tak naprawdę nigdy nie pokazał w Bostonie niczego nadzwyczajnego, dawało to całościowy obraz nędzy i rozpaczy stanu naszej ławki. Jeździec bez głowy (Nate), zazwyczaj kontuzjowany jeździec bez głowy (Tony Allen), Big Baby aka Uno Uno aka Ticket Stub aka... whatever, no i oczywiście mój najukochańszy... Wallace. Pysznie. Nic, tylko się popłakać.


Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec sezonu regularnego. Pierwszy "zaskoczył" Tony Allen, którego kontuzje na szczęście w tym roku omijały. Pewnie on sam też zdał sobie sprawę z tego, że wypadałoby zacząć wreszcie grać na miarę swoich umiejętności, zwłaszcza jak się jest w ostatnim roku kontraktu. Rezultatem lepszej gry Allena była decyzja Doca o włączeniu go do rotacji w playoffs kosztem Marquisa Danielsa. Konia z rzędem temu, kto przed sezonem przewidziałby takie rozstrzygnięcie. Niemniej jednak, w końcówce sezonu regularnego Tony wyglądał już bardzo dobrze, więc ruch Riversa wydawał się jak najbardziej racjonalny. Powrót do formy sygnalizował również... ekhmm.... Big Baby Davis, rozpalając na nowo nadzieję, że w najważniejszych meczach walki o prymat w bieżącym sezonie Celtowie nie będą musieli grać w pięciu.

I chyba nikt się nie spodziewał, że historia ławki rezerwowych Celtics ułoży się dla nas tak fantastycznie.



Tony Allen już od pierwszych meczów z Miami dawał solidne minuty, udowadniając, że potrafi odpłacić za zaufane udzielone mu przez trenera. Może statystycznie jego średnie nie są oszałamiające, ale należy jednoznacznie stwierdzić, mecze z Miami wygrała w głównej mierze pierwsza piątka. Grzechem byłoby jednak nie wspomnieć o kapitalnym występie Davisa w drugim meczu, kiedy zastępując kontuzjowanego Garnetta miał 23pkt i 8zb. Nie byłby oczywiście sobą, gdyby w wywiadzie pomeczowym nie nazwać się Ticket Stub... Ale oddajmy, co jego. Reasumując: w pierwszej rundzie playoffs swój pozytywny wkład zaznaczyło już dwóch zawodników rezerwowych. Potem przegraliśmy pierwszy mecz z Cleveland. Stało się wtedy jasne, że bez Rasheeda Wallace'a pokonanie Kawalerzystów może okazać niemożliwe. I pośród naszego krzyku rozpaczy wzywającego go do obudzenia się, w meczu nr 2 stała się rzecz wręcz nadzwyczajna.

Sheed przełączył swój przycisk.

Nieprawdopodobnie zagrał, co rusz dziurawiąc obręcz kolejnymi trójkami, siejąc spustoszenie we frontcourcie Cleveland, dając dodatkowo więcej miejsca w pomalowanym Rajonowi Rondo. 17 pkt, 7-8 z gry i znakomita obrona, pomagająca wyłączyć z gry wysokich Kawalerzystów. I nawet jego wybuchy złości przestały irytować. Według Jeffa Clarka z celticsblog, to już nie był Rasheed Wallace. On skończył się kilka lat temu. To jego Sheed-zombie wstał z grobu, pałając żądzą spałaszowania mózgów graczy z Ohio. Potem przeczytałem jeszcze opinię innego kibica, że nie miał pojęcia, że Wallace może wciąż znać słowo "hustle". Okazało się, że zna je jeszcze całkiem nieźle i może nie we wszystkich meczach dawał Celtom taki impakt ofensywny jak w drugim spotkaniu przeciwko Cleveland, ale od tego czasu gra naprawdę kapitalnie. I nie wiem, czy zauważyliście, że.... schudł. Moje odczucia w stosunku do chłopa też ewoluowały. NIGDY już na niego nie powiem złego słowa. A tak, nawet go lubię...



A skoro mowa o hustle...

Pokaz, co to słowo znaczy, daje Davis. Nie ma dla niego straconej piłki, nie ma miejsca, gdzie by się po nią nie rzucił. Grając na pozycji silnego skrzydłowego, będąc chronicznie undersized, jest najlepiej zbierającym Celtem w ofensywie, a jego wolę walki najlepiej oddaje sytuacja, kiedy po potężnym łokciu Howarda Davis podniósł się i chwiejąc się, zygzakiem pobiegł do ataku. Ze wstrząsem mózgu. WIELKI GRACZ. Davis to przykład zawodnika, który zostawia na parkiecie WSZYSTKO, co ma w baku. A im ważniejszy mecz, tym jego energii więcej. Niektórzy zastanawiają się, dlaczego ten czy tamten zespół nie zdobędzie mistrzostwa. Odpowiedź jest bardzo prosta: żeby wygrywać, musisz mieć w składzie zawodników o takiej charakterystyce psychologicznej, jak Davis. Simple as that. BBD mimo wszystko mnie zaskoczył. Chciałem, żeby grał tak dobrze jak w zeszłym roku. A On gra lepiej.

Doszliśmy w ten sposób do meczu nr 6 z Orlando. Koniec pierwszej kwarty, Rondo upada na parkiet, my bladzi, co to w ogóle będzie. Wchodzi Nate Robinson, którego miało nie być w rotacji na playoffs, któremu jednak Rivers powiedział, że nadejdzie moment, że wygra Celtom mecz. Oczywiście, jak to miałem w zwyczaju oglądając grajšcego Robinsona, zabrałem się do nerwowego obgryzania paznokci. Mecz na styku, Nate dostaje piłkę, w swoim zwyczaju od razu wychodzi w górę. Trafia!!! Wow... Patrzę dalej i oczom nie wierzę, bo Robinson przeciska się przez zasłony stawiane Nelsonowi w sposób niesamowity, prowokując go do kuriozalnego błędu kroków, nieodgwizdanego przez sędziów. Nelson naciskany przez Robinsona łapie po koźle piłkę w ręce, po czym zapomina, że już kozłował. Pierwszy raz widziałem, żeby obrona mogła powodować amnezję. A jednak to prawda... Robinson napędzany ... nie wiem czym... mam skojarzenia, ale nie powiem,,, w kontrze rzuca kolejną trójkę, wykłada po pick&rollu asystę KG, trafia jeszcze przez ręce blisko prawej 45-tki i jedną ręką w ekwilibrystyczny sposób z linii końcowej z lewej strony. Po jego zrywie Magic już nigdy nie wrócili do tego meczu a przepowiednia Doca stała się faktem. Nie wiem, jak Wy, ale ja mam wrażenie, że po tym meczu Robinsonowi przybyło na raz kilkanaście punktów boiskowego IQ.

Tej wspaniałej historii ostatni akord mieliśmy w 4. meczu Finałów. Nie szło nam w ataku, w żaden sposób nie mogliśmy Lakersom odskoczyć. Chcąc zachować szansę na mistrzostwo, musieliśmy wygrać to spotkanie. Na początku 4 kwarty pojawiają się wspomniani wcześniej i Ray Allen. I wspomagani przez rozszalałą publiczność, wielka czwórka: Robinson, Wallace, Allen i Davis, wznosząc się na absolutne wyżyny umiejętności i zaangażowania, doprowadzając na nieco ponad 3 minuty do końca spotkania do dwucyfrowego prowadzenia naszego zespołu. Zawodnicy pierwszej piątki nie chcieli wejść na boisko. Jak Pippen poprowadził rezerwy w meczu z Portland w 1992 roku, tak w tym przypadku rezerwowi poprowadzili Allena do zwycięstwa w tym meczu. Takie rzeczy, takie historie, zdarzają się w filmach. My, oglądając to spotkanie na żywo, zyskaliśmy coś, o czym będziemy mogli opowiadać nawet po kilku czy kilkunastu latach. Tych emocji i końcowej radości, nikt nie jest nam w stanie zabrać.



Nostalgia odchodzi w niebyt. Kenny Smith w studiu po meczu nr 5, powiedział, że Boston ma "the real second unit". Nie tęsknimy już za ławką rezerwowych z 2008 roku. Mamy nowych bohaterów. Big 4. Teraz tylko trzeba tą wspaniałą historię zakończyć jak trzeba. Wiszącym 18. bannerem przed napisami końcowymi.
15 Jun 2010 by KiTt
4 komentarzy
          



by karollo957 @ 15 Jun 2010 05:10 pm
Super artykuł :) Czytam go 3 raz :P

by piotrP @ 15 Jun 2010 04:18 pm
Big 4 jest już realne. Rondo nam dorasta jako koszykarz, rozwija się i to mnie cieszy. Miło się ogląda jak z takiego początkującego koszykarza robi się gwiazda NBA, bo chyba można Rojona nazwać gwiazdą. Przy okazji świetny artykuł KiTt wink.

by Timi @ 15 Jun 2010 04:02 pm
"Jeśli myśleliście, że ta opowieść będzie rozprawką o wejściu Rajona Rondo w szeregi Wielkiej Trójki, muszę Was rozczarować. Rzecz się tyczy innej wielkiej czwórki. Czwórki naszych rezerwowych."

czytaj uważnie Jakob :P

zaraz się biorę za czytanie ;)

by Jakob @ 15 Jun 2010 04:01 pm
Ciekawy artykuł, ale trochę nie na temat, miało być Big 4, a na początku piszesz o rezerwach C's ;) Ale i tak fajnie :P

ARCHIWUM

Trafiłeś do Archiwum X naszej strony, czyli do tekstów ze starej, tzw. czarnej odsłony, kiedy to w bostońskich koszulkach biegała jeszcze spora liczba zawodników z mistrzowskiego sezonu 2008, a my nazywaliśmy się celtics.e-nba.pl. Archiwum to zostało stworzone, by mieć wgląd we wszystkie wpisy z poprzedniej wersji strony (było ich dokładnie 943), a także we wszystkie komentarze napisane przez naszych użytkowników. Enjoy :)

2012

Pazdziernik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

2011

Grudzień
Listopad
Pazdziernik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

2010

Grudzień
Listopad
Pazdziernik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń

2009

Grudzień
Listopad
Pazdziernik