#164 Bostoński Tygodnik

Pomysły są po to, żeby je realizować. Jakiś czas temu wpadła mi do głowy myśl, żeby w formie wymiany zdań z Timim pozostawiać w formie pisanej masę myśli jakie przebiegają przez głowę przy okazji meczów, czy też innych wydarzeń związanych z Celtami. Myśli są ulotne, naszych rozmów i rozważań na czacie nie widać już po godzinie plotkowania – dlatego taka forma zagości (myślę, że na stałe) na naszej stronie. Dziś kolejny odcinek, w którym porozmawiamy o naszej drużynie. Jak zawsze będzie to zbiór myśli ważnych, mniej ważnych, kompletnie nieistotnych i tych które Adaś skomentuje. Zawsze dobrze jest pogadać, poplotkować i zostawić coś po sobie. Taki bonusik od nas dla was – bo „Dzień Święty należy Święcić”.

[Adrian] No to lecimy w to PO. Pierwszy mecz z Indiana należy podzielić na dwie części – tę złą, czyli 1 połowę, a w zasadzie to 2 kwartę, bo ona była fatalna w naszym wykonaniu i te dobrą, czyli 2 połowę, gdzie ich zmiażdżyliśmy obroną. Jeśli dobrze pamiętam, to w 21 minut 2 połowy pozwoliliśmy im rzucić 18 punktów – resztę nastrzelali sobie w końcówce, gdy wynik już był przesadzony. To jest koszykówka, ale żeby być sprawiedliwym, to Indiana w 1 połowie też zrobiła robotę w obronie. Dla mnie to był mecz jak z lat 90 – cudo.

[Timi] Po meczu napisałem, że atak Pacers nie dojechał na ten mecz, ale tak po prawdzie to atak Celtics też tak nie do końca: Celtics zdobyli tylko 84 punkty, trafiając 36 procent z gry. I te straty z pierwszej połowy prawie nas w tym meczu zabiły. Zbyt dużo błędów, zbyt dużo prostych i często zupełnie niewymuszonych pomyłek, które na tym poziomie nie mogą się zdarzyć. Dlatego dobrze, że do przerwy było tylko siedem punktów w plecy – po przerwie wystarczyło zatrzymać i tak przeciętny przecież atak Pacers, a szybko udało się odwrócić losy tego spotkania.

[Adrian] Na tym etapie to już nie ważne jak grasz w ataku, ważne jest to jak grasz w obronie. Jeśli jesteś w stanie zatrzymać przeciwnika, to nadrobisz swoja ułomność ofensywna, tak jak my to zrobiliśmy w 2 połowie. Co bardzo istotne, to zdominowaliśmy mecz na deskach – bo Indiana potrafi  zbierać – w sezonie regularnym zbierali tylko 1,5 piłki na mecz mniej od nas, a pomimo tego udało się nam tutaj wygrać zbiórki i to zdecydowanie. No i to był klucz obok obrony do zwycięstwa.

[Timi] Trochę poszukałem i okazuje się, że Celtics są 30-8 w meczach w tym sezonie, w których wygrywali walkę na tablicach. Choć tak po prawdzie to zdecydowanie łatwiej jest wygrać zbiórki, kiedy rywal ma tak duże problemy z trafianiem do kosza (kontra: Celtics też w G1 nie błysnęli skutecznością). Co ciekawe, aż siedmiu bostońskich zawodników miało w tym meczu co najmniej pięć zebranych piłek, a najwięcej oczywiście Al Horford (11) i Aron Baynes (9).

[Adrian] Trochę formą od reszty odstawali Rozier i Brown, ale… nie zamierzam żadnego krytykować, bo Rozier trafił mega trójkę, a Brown pokazał, że nie potrzeba na parkiecie Smarta, żeby dać komuś w czapkę. Widać było, że chłopaki są w tym samym trybie co rok temu – walka, ogień, poświęcenie, pot, krew i łzy przeciwnika, gdy w 3 kwarcie zrobili tylko 8 punktów. To zostaje w głowie, to nawet działa na inne drużyny, które to widziały i już wiedzą, co Boston potrafi zrobić w obronie. Tu przypomnę słowa Smarta – tak z okolic grudnia, gdzie powiedział, że nikt już się ich nie boi – no to była taka kwarta, która powoduje lekki strach.

[Timi] Lekki strach jak najbardziej, ale potrzeba jeszcze kilka tego typu pokazów siły, żeby naprawdę przestraszyć inne zespoły. Tym bardziej jak się patrzy na to co zrobili na otwarcie serii Milwaukee Bucks, nawet jeśli Pistons to najsłabsza z ósemki Wschodu drużyna, która na dodatek na razie musi sobie radzić bez swojego najlepszego zawodnika. Jednak na pewno jest to dobry sygnał od tego zespołu, bo zatrzymać przeciwnika na ośmiu punktach w jednej kwarcie w fazie play-off to jest naprawdę wyczyn.

[Adrian] Po meczu Kyrie zadedykował zwycięstwo Smartowi i to tez była mega ważna informacja dla nas – znowu są wszyscy razem. Jest drużyna, jest chemia, jest wszystko to co kochamy w Boston Celtics. Choć spory strach był, gdy po upadku Aron Baynes usiadł na ławce rezerwowych, nie są nam potrzebne jakiekolwiek urazy i grajmy w zdrowiu jak najdłużej.

[Timi] Po takich słowach tym bardziej chce się śmiać z tych doniesień jakoby przyjaźnie Kyrie’ego w Bostonie zaczynały się i kończyły na Tatumie. Widać było, że od pierwszej kwarty Celtics zdawali sobie sprawę, że to już nie jest zabawa – fakt faktem, że były proste błędy, które nie powinny się były zdarzyć, ale jeszcze w pierwszej połowie na parkiet rzucali się m.in. Al Horford czy Marcus Morris. Ten drugi zresztą bardzo pozytywnie nas zaskoczył, no a wspomniany Baynes po tamtej sytuacji potrzebował tylko chwili, by sobie krzyknąć i tyle. Prawdziwy wojownik, zresztą po tylu urazach jakich doznał w tym sezonie on zrobi wszystko, by pozostać w grze na playoffs.

[Adrian] Smart już doszedł po kontuzji do siebie na tyle, że był w stanie przyjść do TD Garden na mecz numer 2, który znowu wygraliśmy. Tym razem kluczowa okazała się ostatnia kwarta, bo te trzecią to strasznie zawaliliśmy. Jednak to co znowu zagraliśmy w obronie w 4 kwarcie – rekompensuje nerwy z wcześniejszych odsłon tego spotkania. Wprawdzie pod koniec 1 połowy potrafiliśmy dojść Indiane i nawet wyjść na małe prowadzenie, ale ogólnie graliśmy słabo. Ostatnie minuty to był jednak ten Boston którey kochamy.

[Timi] Najważniejsze jak się kończy, a Celtics skończyli ten mecz w wielkim stylu – choć fakt faktem, że te straty Pacers w samej końcówce to coś, czego dawno w NBA nie widzieliśmy. Bardzo ułatwiło to zadanie Celtom, podobnie zresztą jak znów słabiutki atak Indiany: 4/17 z gry i ani jednego trafienia za dwa punkty. Tak się meczu na wyjeździe nie wygra, tym bardziej przy dobrze grających w ostatniej odsłonie Celtics.

[Adrian] Do zwycięstwa poprowadzili nas Irving z Tatumem, ale także Gordon swoje dołożył. Drużyna grała na swoich liderów i gdy reszta ma kłopoty ze skutecznością, to na szczęście mamy tych kilku zawodników, którzy potrafią wziąć zdobywanie punktów na swoje barki. Szczególnie było to widoczne w ostatnich sekundach, gdy Irving był pilnowany, więc żeby nie ryzykować kolejnych strat to Tatum był egzekutorem lub asystował. No a skoro już padło słowo „STRATA” – większość z tych przez nas popełnionych była niewymuszona i to trochę zaczyna martwić.

[Timi] To może martwić, ale z drugiej strony to też pokazuje, że te straty da się wyeliminować, bo to nie jest efekt obrony Pacers, lecz własnych błędów, nad którymi trzeba pracować. Jak tego nie będzie, powinno się grać Celtom znacznie łatwiej. Mnie natomiast cieszy najbardziej, że w końcówce widzieliśmy na parkiecie tę piątkę, o której od początku sezonu marzyliśmy: Kyrie-Brown-Tatum-Hayward-Horford. I to działało naprawdę dobrze. Irving swoje zrobił wcześniej, a że mamy inne opcje to bardzo dobrze, że z nich korzystamy.

[Adrian] Na mecz niestety nie dotarł Marcus Morris – szkoda, bo gdyby jednak się pofatygował i z tych swoich 8 rzutów zrobił chociaż 5-6 punktów, to nie byłoby takiej szalonej końcówki. Z drugiej strony, ten naprawdę dobry mecz w PO ciągle przed nami, bo na razie to zachwycają nas jedynie pojedyncze kwarty. Pomimo zwycięstw na własnym parkiecie, mamy więcej uwag do gry, niż pochwał, a to nie świadczy dobrze o grze.

[Timi] Morris tym razem był fatalny, natomiast trzeba pochwalić Roziera, który zagrał naprawdę dobry mecz w defensywie i miał nawet najlepszy wskaźnik +/- w tym spotkaniu. Prawda jest taka, że jak wszystko kilka to Celtów jest bardzo trudno zatrzymać, natomiast na razie wciąż jest jeszcze parę rzeczy, które można i trzeba robić lepiej. Najważniejsze jednak, że Celtics polecieli do Indianapolis z wynikiem 2-0.

[Adrian] Mecz numer 3 i już powoli witamy się z drugą runda. No niewiele do powiedzenia miała Indiana, a w 4 kwarcie zostali sprowadzeni do parteru i myślę, że nie ma już w nich nadziei na odwrócenie serii. W poprzednim Tygodniku typowaliśmy, że skończymy to w 5 spotkaniach, bo w Indianapolis uda nam się urwać jeden mecz, ale tu wszystko wskazuje na to, że być może będą potrzebne tylko 4 spotkania bo Pacers nie maja żadnego pomysłu na nasze końcówki spotkań. Chyba ta 3 kwarta meczu otwierającego te serie siedzi im bardzo w głowie, bo pod koniec meczu oni zwyczajnie są sparaliżowani.

[Timi] Paraliż to jedno, ale dwa to brak closera, brak kogoś takiego jak Victor Oladipo. To przecież za sprawą jego rzutów Pacers wygrali w tym sezonie jedyne spotkanie z Celtics. To plus fakt, że bostońska defensywa gra naprawdę dobrze, no a my się o punkty w końcówce nie musimy martwić – w G2 zrobili to Tatum czy Hayward, a w G3 kolejnymi dwójkowymi akcjami rozpracowali przeciwnika Kyrie oraz Horford.

[Adrian] Po co jest tak dużo talentu w drużynie? Bo wtedy zawsze ktoś ma dzień – zawsze znajdzie się jakiś zawodnik, który będzie „on fire” i pociągnie drużynę. Tym razem był to Jaylen Brown, który był prawie bezbłędny. Reszta zagrała „swoje” i nawet słabsza trochę skuteczność Irvinga nie pozwoliła myśleć Pacers, że mogą coś ugrać. Mook znowu dobrze, Gordon do pewnego momentu bardzo przeciętnie, ale w końcówce znowu był starym Gordonem i zdominował w kilku akcjach  przeciwnika.

[Timi] To był wielki mecz Browna po obu stronach parkietu. Na taki mecz czekaliśmy, bo przecież Jaylen pokazywał znakomitą formę pod koniec sezonu regularnego. Fajnie więc, że przypomnieli się już obaj młodzi, a tym bardziej fajnie, że zrobili to na tej dużej scenie – czyli tam, gdzie Ingram, Kuzma i wielu innych młodych nie ma nawet jeszcze ani jednego spotkania na koncie.

[Adrian] Podczas PO odpuszczamy wszelkie ploteczki, koncentrujemy się tylko na rozgrywkach, a na szczęście jest o czym rozmawiać, bo Brooklyn już w pierwszym meczu zrobiło niespodziankę i przejęło HCA. W drugim meczu Sixers już ich planowo zlali, ale teraz jedziemy do Nowego Jorku – swoje Nets w tych PO już zrobili – wygrali mecz i nie muszą się niczego wstydzić. Teraz juz na pełnym luzie mogą sobie pograć i łapać doświadczenie. Choć w sumie wbije szpileczkę – D’Angelo, tak bardzo niechciany w Lakers, po swoim pierwszym meczu w PO ma więcej zwycięstw w meczach post sezonowych, niż Lakers w ostatnich 7 latach.

[Timi] To prawda, zresztą tak samo Nets – pomimo tych wszystkich picków, które ułatwiły przebudowę Celtom – szybciej wygrali w playoffs niż Knicks czy Lakers właśnie. I co by nie mówić, ten pierwszy mecz to był majstersztyk w wykonaniu ekipy z Brooklynu, w którym jakże dużą rolę odegrał m.in. zapomniany nieco Jared Dudley. Fantastyczna sprawa i choć Sixers znakomicie odpowiedzieli w meczu numer dwa – 51 punktów w trzeciej kwarcie robi wrażenie – to teraz seria wraca do Nowego Jorku, a chciałem tylko powiedzieć, że Sixers byli w sezonie regularnym gorszą drużyną na wyjazdach niż np. Celtics.

[Adrian] Wspomniany Dudley w wywiadzie mocno pojechał po Simmonsie i ten w meczu numer 3 zagrał fantastycznie. To chyba jego najlepszy mecz w karierze, a Sixers odzyskali HCA.  Seria skończy się chyba szybciej niż przewidywałem, bo oni ten mecz wygrali pod nieobecność Embiida, który jest chyba pod zbyt dużą ochronka sędziów w NBA. Jego zachowanie podczas kilku spotkań i jego faule były dalece od sportowych i chyba nic by się nie stało, jakby był traktowany tak jak reszta zawodników. Nie podoba mi sie to faworyzowanie „gwiazd”, bo Embiid świetnym zawodnikiem jest, ale jak na razie to nic nie wygrał poza konkursem na twiiterze.

[Timi] Simmons odpowiedział w najlepszy możliwy sposób – fani Sixers chcieliby rzec „nareszcie”. Był naprawdę świetny, zagrał pod swoje możliwości i wykorzystał swoje największe atuty. W końcu zrobił naprawdę dobre wrażenie. Nie skreślałbym jednak jeszcze Nets, tym bardziej, że Sixers po tym meczu dopiero odzyskali przewagę parkietu, więc sporo jeszcze przed nimi.

[Adrian] To kolejne niespodzianka. Gdy wszyscy zastanawiali się, kto teraz będzie miękką fają na Wschodzie, gdy Leonard odmieni oblicze Toronto, okazało się, że zespół z Kanady lubi to określenie i uwali od razu mecz u siebie z Orlando. Lowry był jak w każde PO cieniem samego siebie. To jest wręcz niewiarygodne, jaki on jest w PO regularny – rok w rok dramat. Pewnie Toronto w tej serii się podniesie, no ale mit odmienionej drużyny padł na psyk od razu w pierwszym meczu – są do ugryzienia.

[Timi] Jeden, dwa trafione rzuty Lowry’ego (bo on wcale tak źle nie zagrał, choć zero punktów i 0/7 z gry poszło w świat) albo trochę więcej szczęścia w końcówce (rzut Gasola z rogu, potem jeszcze szansa na wyrównanie wyniku) i tego dramatu by nie było, a tak się okazuje, że tylko Celtics i Bucks stanęli w pierwszej rundzie na Wschodzie na wysokości zadania. Mówiłem natomiast, żeby uważać na Magic, bo ten zespół w ostatnich tygodniach sezonu regularnego wyglądał naprawdę groźnie i fajnie, przede wszystkim w obronie. A jak jeszcze DJ Augustin zamienia się na jedną noc w Derona Williamsa z najlepszych czasów to nawet przy słabszym meczu najlepszego zawodnika Magic da się wygrać w Kanadzie.

[Adrian] W drugim spotkaniu Lowry zagrał już bardzo dobrze, ale teraz trzeba wygrać coś na Florydzie. Niby w tym meczu numer dwa Toronto zniszczyło Orlando, ale na ile to była ich dominacja, a na ile samozadowolenie Magików po wyrwaniu pierwszego zwycięstwa? Zobaczymy – na razie Toronto nie przypomina tej maszyny do zabijania jaka była chwilami w sezonie regularnym.

[Timi] Magic tak czy siak zrobili w tej serii już całkiem dużo, natomiast warto dodać, że Orlando wygrało osiem ostatnich meczów rozgrywanych u siebie (i 12 z 13). Ostatnia ich porażka na Florydzie to już prawie dwa miesiące czasu: 109-110 z Bykami zaraz po przerwie na Mecz Gwiazd. Trudny więc sprawdzian przed Raptors, tym bardziej, że czekają na nich wygłodniali fani Magic po latach rozbratu z playoffs.

[Adrian] San Antonio stwierdziło, że jednak fajnie pograć w PO i ominąć GSW, więc pokazali Denver, że jeszcze sporo wina musi upłynąć w kuchni Popa, żeby mogli tak sobie ich pokonać w PO. No a Pop wygrał swój 1413 mecz, czyli ma ich absolutnie najwięcej w historii NBA. Pewnie będzie ten rekord śrubował, bo pomimo naprawdę dobrej gry Denver w obronie, to wcale nie było szczęśliwe zwycięstwo SAS – przejęli wynik w 1 kwarcie i go cały czas trzymali.

[Timi] Nuggets wrócili do playoffs po tylu latach przerwy, ale zdaje się, że to nadal jest zespół, który nie potrafi przeskoczyć górki. Przynajmniej tak to w tym pierwszym meczu wyglądało, tym bardziej jak się nie gra tego, co w sezonie regularnym przynosiło im tak dużo korzyści. Pop tymczasem udowadnia, że nadal jest wielki, a ja naprawdę chcę zobaczyć duet Derrick White-Dejounte Murray w przyszłym sezonie w barwach Spurs.

[Adrian] No i wywołałeś tego White’a do tablicy, który w meczu numer 3 robił rzeczy wielkie. Masz absolutna racje, że warto czekać na to co w przyszłym sezonie będzie grać ten młody duet, a ja dodam, że trzeba jeszcze poczekać kogo takiego Spurs wybiorą w nadchodzącym Drafcie. maja swój 19 wybór i 29 od Toronto i to mogą być znowu jakieś cudowne przechwyty zawodników, których wszyscy zlekceważyli podczas draftu.

[Timi] Czyli w San Antonio po staremu – może się okazać, że mają na tyle utalentowaną te młodzież, że przejście z ery Duncana w nową pójdzie znacznie prościej niż się ktokolwiek spodziewał. Chyba nie będzie więc kolejnego tankowania po odejściu Popa, które niestety się nieuchronnie zbliża. Miło jest więc widzieć, że mimo 70-tki na karku Spurs pod jego wodzą nadal potrafią zaskakiwać.

[Adrian] Tak trochę zapominamy o potencjalnych rywalach tej pary, czyli Portland z Oklahomą, a tam też ciekawie. OKC miało w PO pokazać swoją siłę, a tutaj jak na razie to Portland pokazuje, że beż centra, a z Turkiem tez jest życie. Na razie jest 2-1 i OKC się podniosło, bo dwóch ostrych porażkach w Portland, ale chyba jednak to może być 7 meczowa seria. Ten Westbrook to chyba nigdy nie zmądrzeje, zawsze w PO trafia mu sie taki mecz, gdzie za wszelką cenę chce udowodnić, że on się do sportu drużynowego nie nadaje.

[Timi] Jestem w tej serii dla rywalizacji Westbrook-Dame. Brawa dla OKC, że udało im się przetrwać nawałnicę Lillarda w trzeciej kwarcie tego spotkania numer trzy i cały czas są w grze. Zobaczymy kto pójdzie w ślady Celtics i urwie zwycięstwo na wyjeździe, bo po wygranej w Indianapolis to Celtowie są w teorii najbliżej upragnionego przez wszystkich celu.

[Adrian] Ostatni niespodzianka i to kolejna z tych dużych – GSW w drugim meczu pozwoliło Clippers wrócić z 31 punktów i przegrało u siebie, dodatkowo tracąc Cousinsa. DMC najprawdopodobniej wyleciał na całe PO, wiec ich sytuacja zrobiła się pod koszem taka sobie – jest Bogut i tyle, bo Looney centrem nie jest. Pewnie będą grali znowu small-ball, ale jednak system się posypał. Clippers ma chyba za mało argumentów, żeby wygrać cała serie , ale Houston… No tutaj już nie byłbym tego taki pewien.

[Timi] Tym bardziej, że Chris Paul jest chyba zdrów, a maszyna Rockets w starciu z Jazz wyglądała wręcz perfekcyjnie. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że eksperyment z DMC nie był do końca udany dla Warriors i ten jego brak wcale nie musi być dla nich taż tak bolesny, tym bardziej, że Looney w większości przypadków daje im jednak więcej wartości niż Cousins. Ale co by nie mówić, oddać taką przewagę – i to u siebie – to nie lada wyczyn. Przypomina się podobny powrót Clippers, tyle że w lutym w Bostonie. Jak widać, zdarza się nawet największym… I w sumie fajnie, bo może coś jeszcze będzie z tej serii, a przecież o to nam właśnie wszystkim chodzi w fazie play-off.

[Adrian] GSW po meczu numer 3 odzyskało HCA,m ale słowko o pojedynku Houston – Jazz. Na razie wygląda to bardzo jednostronnie, chyba bardziej niż się spodziewali wszyscy w NBA. Donovan Mitchell został zgaszony, bo inaczej tego nazwać nie można. A co powiedz o tym dziwacznym bronieniu Hardena? Niby uniemożliwia mu to grę na lewa rękę, oraz oddawanie dużej ilości rzutów zza łuku, ale inni nie próżnują i Jazz jest strasznie poniewierane na parkiecie.

[Timi] To dziwaczne bronienie to coś, co jako pierwsi zaprezentowali Bucks i przyniosło im to wtedy sporo dobrego. Trick jest taki, że ma to ograniczyć step-back trójki Hardena oraz loby do Capeli po wejściach w pomalowane, natomiast Bucks robili znacznie lepszą robotę niż Jazz, no i efekt jest taki, że są dwa mecze w plecy. Zawodnicy popełniają proste błędy, a to co ma Hardena ograniczyć tak naprawdę nie działa, bo on mimo to nadal trafia trójkę za trójką, a Capela nadal lata nad obręczą po jego podaniach. Zobaczymy, czy to się zmieni w Salt Lake City.

[Adrian] Bo naiwnością było podejrzewanie, że sztab Houston nie przeanalizuje tamtej obrony Bucks i nie wprowadzi kilku korekt do systemu na wypadek, gdyby ktoś znowu chciał tak bronić. Trochę zaskoczyło mnie w tym elemencie Jazz, bo myślałem, że jednak będą grali znacznie lepiej, a tymczasem nie maja aktualnie żadnych szans na powstrzymanie Rakiet. Za to Houston wydaje się być gotowe na GSW jak jeszcze nigdy nie byli.