Tłoki przejęły Ogródek

Stan Van Gundy przyleciał do Bostonu z jasnymi postanowieniami i jego pomysły taktyczne kompletnie zamroziły Kyriego Irvinga i ograniczyły ofensywne poczynania Celtics, szczególnie w decydującej kwarcie. Brad Stevens próbował odpowiedzieć w trakcie meczu swoimi koncepcjami, jednak Celtom zwyczajnie zabrakło jakości i ostatecznie przegrali na własnym parkiecie z Detroit Pistons wynikiem 108:118. Wielki mecz rozegrał Avery Bradley, który po raz pierwszy biegał po bostońskiej klepce w innym jersey’u, jednak ojcem wygranej Tłoków był Andre Drummond, który zdominował strefę podkoszową, skompletował potężną linijkę w boxscore i szczególnie w końcówce zawstydził Ala Horforda.

BOXSCORE

Wszyscy się zastanawiali, czy będzie, a jeśli ktoś zapomniał, to może naprędce wykorzystany zostanie w TD Garden sentymentalny materiał przygotowany przez Timiego. Ostatecznie Celtics nie zawiedli i zmontowali dla Bradley’a video tribute, które zostało puszczone podczas prezentacji zawodników. Zasłużył, bo to legenda tej organizacji, nawet bez mistrzowskiego pierścienia na koncie.

Po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że Stevens został ograny przez szkoleniowca rywali. Od początku Bradley był plastrem dla Irvinga, który miał ogromne problemy ze znalezieniem dla siebie najdrobniejszej przestrzeni i właściwie trudno było mu chyba nawet oddychać. To właśnie stąd wynikał głównie nasz kiepski początek i już na starcie Pistons osiągnęli dziesięciopunktową przewagę. Na słabe wejście w mecz swoich podopiecznych obojętny nie pozostał Stevens, który postanowił grać Uncel Drew na początku parzystych kwart, co przecież ma miejsce bardzo rzadko. I początkowo przyniosło to efekty, bowiem Irving zdecydowanie odżył mając naprzeciwko siebie Isha Smitha lub Reggiego Jacksonona i był tym Irvingiem, którego znamy – punktującym i rozdającym asysty. Taką zagrywką szybko odrobiliśmy straty i wyrównaliśmy rywalizację. Jednak to, co udało się w pierwszej, nie udało się w drugiej połowie. Szkoleniowiec rywali nie popełnił dwa razy tego samego błędu i po zmianie stron za każdym razem wypuszczał na Uncle Drew swojego defensywnego buldoga, którym wciąż jest Bradley. Co więcej, pomysł na podwajanie naszego rozgrywającego w czwartej kwarcie okazał się być kluczowy dla losów spotkania. Irving został kompletnie zneutralizowany w 4Q i miał problemy z rozgrywaniem nawet na dziesiątym metrze od tablicy. W efekcie w decydującej odsłonie miał ledwie jeden punkt, 0/4 FG i dwie straty, choć akurat ta liczba zupełnie nie odzwierciedla jego rzeczywistych kłopotów.

Słabo grał też Al Horford, który sporadycznie pomagał swoimi zasłonami uwolnić się Irvingowi spod agresywnego krycia AB i brakowało jego punktów w ataku. Finalnie przerwał swoją świetną serię i po raz pierwszy w sezonie zanotował występ z ujemnym wskaźnikiem PER. Nie wykorzystaliśmy faktu, że Andre Drummond właściwie przez większość spotkania kurczowo pełnił rolę rim-protectora i nie próbowaliśmy częściej kreować Ala na dystansie – dwie próby zza łuku to zdecydowanie za mało, a właśnie to mogło być naszą bronią ratunkową. Dodatkowo Dominikańczyk do spółki z pozostałymi wysokimi został zdominowany przez centra Pistons, który sprawiał wrażenie gracza Monstars ze Space Jam i ostatecznie skompletował potężną linijkę 26/22/6/4, pokazując również, że stosowanie taktyki Hack-a-Shaq powoli przechodzi do lamusa, będąc na linii 6/8 FT. To on właściwie w pojedynkę przeprowadził decydujący run 12:3 w ostatnich minutach 4Q, kiedy dwukrotnie z juniorską łatwością ograł w post-up Horforda i wyprzedził go przy podaniu wznawiającym akcję zza linii bocznej. Ale do tej całej listy błędów Ala z końcówki doszedł jeszcze kontrowersyjnie odgwizdany faul na Jacksonie.

Co by nie mówić, to każdy z graczy starting line-up zagrał bardzo słabo i w pełni obrazują to statystyki w boxscore, w którym przy każdym nazwisku startera widnieje co najmniej -13 PER. Niewidoczny był Jayson Tatum, który w pierwszej połowie był bez zdobyczy punktowej i pokazał się dopiero w drugiej odsłonie, kiedy trafił dwie trójki w kontrze. Obok meczu przeszedł Jaylen Brown, który nie był sobą i zupełnie nie przypominał zawodnika imponującego nam w tym sezonie swoją agresywnością i odwagą na atakowanej strefie. Nasi młodzi przeżywali też trudne chwile w obronie, gdzie szczególnie w drugiej i trzeciej kwarcie nie mogli zatrzymać szalejącego Tobiasa Harrisa i co chwila dostawali od niego sprzed nosa rzut czy to z półdystansu, czy to zza linii. O jakości naszej defensywy świadczy z pewnością fakt, że daliśmy sobie wrzucić aż 118pts, będąc momentami bezradnymi, jak choćby w pierwszej połowie, kiedy para Bradley-Drummond grała nam efektowne pick-and-rolle trzy metry od tablicy, a Reggie Jackson z szokującą łatwością wjeżdżał nam w obręb łuku.

Jeśli spojrzymy na chłodno na ten mecz, to chyba ani przez chwilę nie przejęliśmy w nim inicjatywy. Oczywiście, było aż dwadzieścia zmian prowadzenia i piętnaście remisów, jednak to my częściej czuliśmy presję wyniku i po odrobieniu strat nie potrafiliśmy zatrzymać prowadzenia po swojej stronie, pozwalając Pistons niemal od razu na ponowne odskoczenie na dwa/trzy posiadania. W grze trzymali nas nasi rezerwowi i Stanley Johnson, który pudłował niemal wszystko co postanowił skierować w stronę obręczy.

Rezerwowi zagrali naprawdę dobrze i to jest zdecydowanie największy pozytyw płynący z dzisiejszej porażki. Zmiennicy zdominowali drugi unit rywala i łącznie zdobyli 47 punktów, będąc 17/25FG i dokładając do tego 14reb oraz 8ast, a każdy z nich miał dodatni wskaźnik PER. Liderem ławki był Marcus Smart, który w drugim meczu z rzędu gra na poziomie, którego od niego oczekujemy. Ponownie nie miał problemów ze skutecznością i nawet z rzutami rozpaczy z końcówki spotkania był 8/13 FG, trafiając aż sześciokrotnie zza łuku. Team-high 23pts z trzema zbiórkami i sześcioma asystami. I głośne „Hallelujah Marcus!” od Toma Heinsohna.

Dobrą zmianę w pierwszej połowie dał Semi Ojeleye, który trafił trójkę z przygotowanej dla niego pozycji i pokazywał dużo jakości w defensywie, notując trzy zbiórki i przechwyt. Terry Rozier tym razem nie był tak aktywny w ataku, jednak ruchem bez piłki pozwalał na rozgrywanie akcji dla pozostałych partnerów. Aron Baynes i Marcus Morris grali przeciwko swojemu byłemu zespołowi i obaj spisali się przyzwoicie. Jednak najlepszym wysokim graczem w naszym zespole był niespodziewanie Daniel Theis, który wniósł na parkiet mnóstwo energii, ponownie był aktywny po obu stronach i świetnie po ścięciach wychodził na pozycję w paint, dzięki czemu dobrze wyglądała jego współpraca choćby z Irvingiem.

Już jutro gramy drugi z pięciu zaplanowanych meczów na własnym parkiecie. Do Bostonu przyjeżdża ekipa 76ers, która wczoraj przegrała z rozpędzonymi Cavaliers.

Więcej materiałów ze spotkania przeciwko Pistons znajdziecie tutaj.