Playoffs 2017: Celtics vs Bulls

Stało się! Boston Celtics po przegranej z Cavs mieli już nie mieć żadnych szans na pierwsze miejsce w Konferencji Wschodniej, ale cztery kolejne porażki ekipy z Cleveland oraz bezbłędny koniec sezonu Celtów i trzy wygrane w trzech ostatnich meczach pozwolił zakończyć sezon z pierwszym seedem. Już w niedzielę rozpoczną więc oni tegoroczne zmagania w fazie play-off, mierząc się z zespołem Chicago Bulls. Zieloni są faworytami tego starcia, mając na koncie kolejny rok progresu i poprawę o pięć zwycięstw w stosunku do poprzedniego sezonu. To nie oznacza, że czeka ich łatwa przeprawa – Bulls mieli w sezonie regularnym problemy, ale udało im się awansować do playoffs, a tutaj każda drużyna zaczyna z tego samego poziomu.


TERMINARZ

Game 1: Boston – 16/17.04, 0:30 PL
Game 2: Boston – 18/19.04, 2:00 PL
Game 3: @Chicago – 21/22.04, 1:00 PL
Game 4: @Chicago – 23/24.04, 0:30
Game 5*: Boston – 26/27.04, TBD
Game 6:* @Chicago – 28/29.04, TBD
Game 7:* Boston – 30.04, TBD


SŁOWEM WSTĘPU

Najprawdopodobniej nikt nie przypuszczał, że Boston Celtics skończą sezon 2016/17 z pierwszym seedem. Najsłabszy pierwszy seed w historii, bla bla bla – tego typu stwierdzenia na całe szczęście mogą tylko zmotywować Celtów, którzy lubią grać z łatką underdogów. O tą ciężko, gdy jest się numerem jeden, ale osoby wątpiące nadal chętnie swoje wątpliwości okazują. Isaiah Thomas już wyłączył się z udziału w social media, a sztab powinien wydrukować i przynieść wszystkie te artykuły o najsłabszym pierwszym seedzie w historii.

Boston Celtics wiedzą, kim są i znają swoją wartość. Właśnie zaliczyli kolejny sezon, w którym poprawili się o co najmniej pięć zwycięstw. 25 do 41 do 48 do 53. To niesamowite, kiedy pomyślimy, iż ledwie trzy lata temu w tym momencie emocjonowaliśmy się loterią draftu. Progres jest w porządku, natomiast wciąż czegoś brakuje – to po prostu wygrana w serii play-off, bo takiej w Bostonie nie było od… 2012 roku, kiedy to stara jeszcze ekipa zdołała dojść do finałów konferencji. Potem były kolejne porażki już w pierwszej rundzie. Nastał czas, aby to zmienić.

Rywal wcale nie będzie łatwy, choć w fazie play-off głupio byłoby przypuszczać, że będzie inaczej. Celtics są faworytami starcia z Chicago Bulls i byłoby ogromną niespodzianką, gdyby nie dali im rady, ale według różnych przewidywań to ponoć właśnie Byki mają największy procent szans, aby zrobić w tej pierwszej rundzie tzw. upset i pokonać wyżej rozstawionego przeciwnika. Tego typu przewidywania bostoński sztab też powinien ładnie wydrukować i trzymać obok siebie. Ale dopóki Boston Celtics serii w play-off nie wygrają, dopóty będą tak traktowani.

Statystycznie patrząc, Chicago Bulls musieliby pokonać historię, aby awansować do kolejnej rundy. Wygrali bowiem tylko trzy z 17 meczów w fazie play-off przeciwko Celtics i wszystkie te trzy zwycięstwa pochodzą z jednej z najlepszej serii playoffs w historii, czyli Rajon Rondo kontra Derrick Rose, mnóstwo dogrywek, mnóstwo wielkich zagrań i ostatecznie wygrana Bostończyków po siedmiu meczach. Tym razem na aż takie emocje się nie zapowiada, choć Rajon Rondo znów będzie częścią tej serii. Tyle tylko, że tym razem show spróbuje zrobić w barwach Bulls.

Celtics zakończyli sezon bilansem 3-0 w ostatnich trzech meczach, choć to Bulls zagrali w ostatnim miesiącu najlepszy basket w swoim sezonie. Wygrali bowiem dziewięć z 13 meczów i doczłapali się ostatecznie do playoffs, głównie za sprawą świetnie spisującej się trójki Rondo-Butler-Mirotić. Nie grał zresztą kontuzjowany Dwyane Wade, bez którego gra Bulls wyglądała znacznie lepiej – były zawodnik Miami Heat miał już nawet skończyć sezon, ale skoro drużynie udało się wrócić do walki o playoffs to 35-letni weteran wrócił do gry.


KLUCZE

  • Isaiah Thomas

Tak jak w poprzednim roku, tak i tym razem najważniejszym kluczem dla Celtics jest gra Isaiaha Thomasa. Ten ma za sobą sezon, w którym był trzecim strzelcem ligi i wszedł do konwersacji o MVP, bijąc przy okazji kilka rekordów bostońskiej organizacji. Jest liderem tego zespołu, ale wciąż brakuje mu wygranej choćby jednej rundy w fazie play-off. Sam mówił, że chce poczuć, jak to jest grać w tych dalszych etapach i teraz jest dobra do tego okazja, bo dowodzony przez niego zespół zrobił 53 zwycięstw i ma potencjalnie przewagę parkietu aż do ECF włącznie.

Rok temu w fazie play-off Celtics trafili na bardzo zły matchup dla Thomasa, czyli drużynę Atlanta Hawks. Długie ręce m.in. Kenta Bazemore’a, Thabo Sefoloshy czy podkoszowych Paula Millsapa czy Ala Horforda sprawiły, że Thomas miał bardzo utrudnione zadanie. Tym bardziej, kiedy w pierwszym meczu tamtej serii kontuzji doznał Avery Bradley, a Kelly Olynyk i przede wszystkim Jae Crowder (który trafił w tamtej serii fatalne 28 procent swoich rzutów) nie byli sobą, wracając do gry po urazach. Teraz jest tymczasem zupełnie inaczej.

Przede wszystkim Chicago Bulls to nie jest taki trudny rywal dla Thomasa, a na dodatek ten ma teraz będących w dobrej dyspozycji nie tylko Bradleya i Crowdera, ale też Olynyka czy przede wszystkim Horforda. Celtics mieli po przerwie na Mecz Gwiazd problem z atakiem, gdy Thomasa na parkiecie nie było – w fazie play-off to będzie zapewne 12-13 minut gry bez I.T. i bostońska ekipa będzie musiała w tym czasie wygenerować w jakiś sposób swoją ofensywę. W ostatnich tygodniach Brad Stevens szukał wielu rozwiązań, ale nie wszystkie się sprawdzały.

Tak czy siak, to przed Bulls bardzo trudne zadanie powstrzymanie Thomasa. W zeszłym roku Hawks udało się to zrobić całkiem nieźle, ale jeśli momentami aż czterech graczy mogło skupić się na filigranowym graczu Celtics to nic dziwnego. W czterech wygranych przez Hawks spotkaniach Thomas miał tylko 75 punktów (33.3 procent z gry, 21.4 procent zza łuku), dlatego też w teorii klucz dla Bulls do wygrania tej serii powinien być jasny: zatrzymać, spowolnić Thomasa. Tyle tylko, że prościej powiedzieć, a znacznie trudniej zrobić.

Isaiah wyrósł bowiem na trzeciego najlepszego strzelca w tej lidze nie bez powodu. Znakomicie gra bez piłki, bardzo dobrze wykorzystuje każdy najmniejszy błąd rywala i trudno znaleźć lepszego zawodnika, jeśli chodzi o wejścia pod kosz. Thomas stał się także zabójczym graczem w akcjach pick-and-roll, bo stać go na oddanie celnego rzutu z ósmego-dziewiątego metra, jak i minięcie najlepszego nawet obrońcy obręczy, wykorzystując przy tym swój świetny pierwszy krok, jak i niebanalną szybkość oraz spryt. Robin Lopez nie będzie stanowił przeszkody.

Podkoszowy Bulls zostaje w paint zbyt głęboko, a nawet jeśli ma szansę kontestować rzut to Thomas jest na tyle atletycznym i szybkim graczem, aby jednym ruchem zrobić sobie wystarczająco dużo miejsca i oddać dobry rzut. Podobnie jest w momencie, kiedy Celtics atakują pick-and-rollem 1/4 lub 1/5, gdzie podkoszowi Bulls nie tylko muszą uważać na Thomasa, ale też na dobrze rzucających zza łuku bostońskich podkoszowych jak Horford, Olynyk, Jerebko czy nawet Amir Johnson. Spójrzcie, jak świetnie Thomas wykorzystuje kolejne błędy Cartera-Williamsa.

Wystarczy najmniejszy nawet błąd, złe przejście pod zasłoną czy po prostu nieuwaga, aby Thomas zrobił z tego punkty. W pierwszej akcji Carter-Williams wpada na Gibsona, w drugiej zostaje na zasłonie Horforda, a w trzeciej zasłona od Big Ala zostaje postawiona już na dziewiątym metrze i na dodatek Lopez znów schodzi zbyt głęboko, by dobrze ten rzut kontestować. No to ustaliliśmy już, że Carter-Williams nie jest obrońcą na Thomasa. Rajon Rondo? To nie jest już ten sam obrońca, co kiedyś, choć jego długie ręce na pewno Thomasowi potrafią przeszkodzić.

Bulls muszą liczyć na to, że Rondo przypomni sobie o tym, że kiedyś był znakomitym defenderem i będzie dobrym stoperem dla Thomasa. Ekipa z Chicago bardzo rzadko w tych czterech meczach sezonu regularnego stosowała na Thomasie pułapki i podwajała go, ale Isaiah z takich sytuacji bardzo dobrze wyjść potrafi i ma też przede wszystkim do kogo podać. Bulls stają więc przed nie lada wyzwaniem, tym bardziej, że Rondo znacznie częściej w starciach z Thomasem wykazywał pasywność i nieprzygotowanie, równie często gubiąc się na zasłonach.

Celtics znakomicie wprowadzają Thomasa do gry off-ball, robiąc bardzo często jedno czy dwa przekazania, po którym Thomas wychodzi po zasłonie z kilkoma opcjami – rzutem zza łuku lub wejściem pod kosz. Jest to tym bardziej skuteczne, że Rondo woli ryzykować i próbować wybijać piłkę od tyłu (co kilka razy mu się udawało), ale to oznacza, że zostaje za rozpędzonym Thomasem, a ten ma przed sobą najczęściej już tylko jednego zawodnika Bulls. Robin Lopez może i jest niezłym shot-blockerem, ale w starciu z I.T. to gracz C’s wygrywa 9/10 razy.

Wydaje się więc, że Rondo to nie jest odpowiedź na Thomasa, a na dodatek Celtics mogą próbować ukryć I.T. w obronie właśnie poprzez wystawianie go na RR. W sezonie regularnym matchupem dla Rondo w defensywie byli zresztą Thomas, Gerald Green oraz James Young, czyli najgorsi defensorzy w bostońskim zespole. Rondo co prawda w ostatnich tygodniach grał najlepszy basket w sezonie, trafiając przy okazji bardzo dobrze zza łuku, ale w postseason wkracza z problemami nadgarstka i nikt nie wie, jakiego Rondo zobaczymy w playoffs.

Thomas tymczasem udowodnił w sezonie regularnym, że jest znacznie lepszym graczem ofensywnie niż w sezonie 2015/16 i ze znacznie większym wsparciem niż przed rokiem powinien zaliczyć zdecydowanie najlepszą serię play-off w karierze po trafieniu 33.3 procent swoich rzutów przeciwko Cavs w 2015 roku oraz 39.5 procent przeciwko Hawks w 2016 roku. Celtics wiedzą, jak go wykorzystać i wiedzą, w jakich sytuacjach najszybciej dostarczyć mu piłkę. Rolą Thomasa będzie też otworzenie gry innym, na przykład poprzez wyciąganie z paint Lopeza.

Ten jest bowiem najlepszym obrońcą obręczy Bulls, tym bardziej kiedy w zespole nie ma już Taja Gibsona, a ofensywa Celtów w bardzo dużej mierze opiera się na ścięciach ze skrzydeł. Celtowie nie tylko będą więc atakować Lopeza w pick-and-rollu, ale też za każdym razem – tak jak w tych dwóch akcjach poniżej – powinni wykorzystywać ten mismatch, w którym Thomas ma na sobie Lopeza po switchu, dzięki czemu może wyciągnąć go spod kosza, ale też spróbować poszukać własnych punktów. To trochę coś jak pick-your-poison, Chicago!

Coraz głośniej mówi się więc o tym, że to Jimmy Butler może być obrońcą na Thomasa. Co więcej, sam Butler powiedział ostatnio, że jeśli dostanie takie zadanie to może „usiąść” na I.T. przez cały mecz. I choć to wydaje się być samobójstwem Bulls, bo Butler musiałby nie tylko uganiać się za Thomasem, ale też przecież robić swoje w ataku to jednak jest to rozwiązanie, które Chicago stosowało w pewnych okresach gry, przede wszystkim w czwartych kwartach w tych kilku spotkaniach w sezonie regularnym. Poniżej kilka akcji z jednego z tych spotkań.

Najpierw dobra zasłona Horforda daje Thomasowi świetną pozycję na trójkę. Potem wprowadzany do akcji off-ball Thomas po prostu pokonuje w pojedynku Butlera, trafiając z bardzo trudnej akcji. Ale ostatnie słowo należy do Butlera, który nie daje się nabrać na firmowy move Thomasa i blokuje ten rzut. Thomas kilka razy musiał też oddawać piłkę do partnerów, były z tego co prawda punkty, ale Bulls mogą z tym żyć, kiedy rzucą innym Celtom wyzwanie i będą starać się, aby Thomas miał piłkę jak najrzadziej, a najlepiej by musiał ją oddawać do kolegów.

Tyle tylko, że Thomas ma ją do kogo oddać, bo Celtics to nie tylko sam Isaiah – czterech innych zawodników notowało w sezonie regularnym co najmniej dziesięć punktów na mecz z Averym Bradleyem na czele (rekordowe w karierze 16.3 oczek na mecz). Tak czy siak, powstrzymać I.T. będzie Bulls bardzo ciężko i nie udało się to w czterech meczach sezonu regularnego: 24.8 punktów (53.8 procent z gry, aż 48.4 procent zza łuku), 5.8 asyst i 2.0 przechwytów na mecz, przy czym w ostatnim meczu Thomas nawet nie wyszedł na czwartą kwartę.

Będą też Bulls próbowali grać na Thomasa w ataku, choć w czterech meczach sezonu regularnego naliczyłem tylko trzy post-upy i stosunkowo małą liczbę akcji pick-and-roll, gdzie Bulls starali się wymusić switch. Te akcje były przede wszystkim w meczu numer trzy i choć nie było ich dużo to pokazały, że to wciąż jest bardzo dobra taktyka na Celtics. Ci jednak nie mają problemu z tym, aby dać Butlerowi nieco więcej miejsca gdzieś na obwodzie i jak się zaraz okaże mogą bez problemu żyć z rzutami Butlera, który bardzo często operuje na mid-range.

Zdaje się więc, że Chicago Bulls to tym razem całkiem dobry matchup dla Thomasa, który nie powinien mieć większych problemów, aby robić swoje, przede wszystkim w tych etapach gry, gdy jest broniony przez kogokolwiek, kto nie nazywa się Butler. Z drugiej strony, ma też spokojnie możliwości, aby radzić sobie nawet z obroną Butlera, dlatego też ma sporą szansę, aby być najlepszym zawodnikiem tej serii. Ale żeby było jasne – Celtowie wcale nie potrzebują, aby takim był, by móc tę serię wygrać, będąc lepszym zespołem i posiadając dłuższy skład.

  • Dwyane Wade

Jimmy Butler prawdopodobnie zrobi swoje, jest bowiem all-starem i od takich w fazie play-off po prostu wiemy, czego się spodziewać. No chyba, że Bulls rzeczywiście rzucą go do bronienia Thomasa od pierwszej minuty pierwszej kwarty. Dla zespołu z Chicago kluczem będzie przede wszystkim to, jak będzie układać się gra z Wade’em. Ten wrócił do gry po kontuzji, po której miał już skończyć sezon, ale bez niego Bulls spisywali się znacznie lepiej i zdołali ostatecznie awansować do fazy play-off, a co za tym idzie Wade też jest już gotów.

Największe pytanie w stosunku do dyspozycji Wade’a to to, czy jest on jeszcze w stanie zagrać na wysokim poziomie przez całą serię. W ubiegłym roku był o jedną kontuzję Hassana Whiteside’a od awansu do finałów konferencji, trafiając przy okazji 12/23 zza łuku. Dziś jednak ma już 35 lat, za sobą niezbyt udany sezon i powrót do gry po kontuzji łokcia. Trudno jednak go lekceważyć, tym bardziej, gdy mowa jest o 12-krotnym all-starze, który zdobył już trzy tytuły mistrza NBA. A już raz w tym sezonie Wade zabrał Celtom zwycięstwo w końcówce.

Mowa oczywiście o pierwszym w sezonie meczu dla Bulls, kiedy to Wade nie tylko trafił 4/6 zza łuku, ale też miał w crunchtime kilka wielkich zagrań i ostatecznie to dzięki niemu Byki tamten mecz wygrały. Trzeba jednak w tym miejscu dodać, że Celtics naprawdę nieźle się z Bulls matchupują pod względem Butlera i Wade’a, bo nie tylko mogą rzucić na nich Jae Crowdera oraz Avery’ego Bradleya, ale jest też jeszcze ten szwajcarski scyzoryk, czyli Marcus Smart, przed którym bardzo ważne playoffy, a który do gry w playoffs jest wręcz stworzony.

  • Rajon Rondo

Pisałem już o tym przy okazji Thomasa – nikt nie wie, jaki Rajon Rondo pojawi się w fazie play-off. Kibice chicagowskiego klubu liczą oczywiście, że będzie to znany i lubiany Playoff Rondo, ale tego nie widzieliśmy od lat i bardzo trudno oczekiwać, aby powrócił. Nikt chyba nie liczy, że Rondo powróci do 2009 roku, kiedy to notował w siedmiu meczach serii triple-double. Ale w ostatnich tygodniach grał najlepszy w sezonie basket, a na dodatek z pewnością będzie miał sporo motywacji w starciu ze swoim byłym klubem. Przyjedzie też telewizja ogólnokrajowa.

Wszyscy doskonale pamiętamy, jak świetnie spisywał się Rondo, gdy wszystkie oczy w USA były zwrócone na niego. Bulls ogólnie lubią grać, kiedy wszyscy patrzą, co potwierdza zresztą ich niesamowita seria wygranych meczów, kiedy te transmitowane są przez TNT – a kilka spotkań w tej serii TNT pokaże. Z drugiej strony, Rondo po kontuzji ACL rzadko kiedy miewa przebłyski swojej dawnej dominacji, a w tych czterech meczach przeciwko Celtics w tym sezonie jego celne rzuty spod kosza można było policzyć na palcach jednej ręki.

Warto jeszcze tylko dodać, że dla Rondo to walka o pozostanie w lidze. Kiedy w środku sezonu został odesłany na ławkę rezerwowych przez coacha Freda Hoiberga, coraz głośniej mówiło się o tym, że jego kolejny przystanek to Chiny. W drugiej części sezonu 31-latek wrócił jednak na dobre tory i teraz na pewno będzie starał się udowodnić, że on wciąż ma miejsce w tej lidze. Celtics schowają na nim Thomasa i będą chcieli wykorzystać jego słabą obronę, ale nie ma lepszej rzeczy dla Rondo niż seria play-off, której część odbędzie się w TD Garden.

  • Nikola Mirotić

Dla wielu to jest właśnie największy x-faktor serii dla Chicago. Mirotić był w tym sezonie mocno nieregularny, ale gdy z gry wypadł Wade to zaliczył bardzo dobre tygodnie i złapał w końcu bardzo dobry rytm, notując w ostatnich tygodniach średnio 15.8 punktów oraz 6.8 zbiórek przy 44-procentowej skuteczności zza łuku. Bulls ogólnie dobrze rzucali ostatnio za trzy, ale na przestrzeni całego sezonu pozostali jedną z najgorszych w tym elemencie drużyn NBA, bardzo rzadko mając takie kwiatki jak 9/14 od Wade’a, Rondo i Butlera w jednym ze starć przeciwko Celtics.

Mirotić pozostaje więc najgroźniejszą chyba bronią Bulls zza łuku, o czym Celtics zdołali się już w tym sezonie przekonać i o czym w Bostonie będą musieli pamiętać, bo jeśli dadzą złapać mu rytm to może być potem ciężko go powstrzymać. Bulls średnio oddawali tylko 22.3 trójek na mecz, co było drugim najgorszym wynikiem w lidze, trafiając przy tym 34 procent takich prób, co dało wynik pod koniec trzeciej dziesiątki. Nie pomaga fakt, że w trakcie sezonu oddali jednego ze swoich najlepszych strzelców w osobie Douga McDermotta do Thunder.

Zdaje się więc, że to przede wszystkim Mirotić ma zapewnić dobrą i skuteczną trójkę, a ostatnie tygodnie pokazują, że jest w stanie to zrobić i Celtics powinni być tym bardziej uważni, kiedy wystarczy mu ledwie odrobina miejsca, by oddać rzut. Nawet, jeśli jest to próba z ósmego-dziewiątego metra, w których lubuje się przecież Isaiah Thomas. Mirotić też potrafi z takiej odległości trafić, co udowodnił już w kilku starciach przeciwko Celtom w tym sezonie. Tu poniżej na obrazku rzut wpada, choć przecież Crowder jest blisko, by rzut kontestować.

Bulls nie mają jednak dużo więcej opcji strzeleckich, a w całym sezonie – nie licząc Anthony’ego Morrowa, który zagrał tylko w dziewięciu spotkaniach w barwach Byków – najlepszym strzelcem ze skutecznością na poziomie 37.6 procent był… Rajon Rondo. Chicago to jednak przede wszystkim gra w mid-range i do kosza, co jest oczywiście jasne, kiedy ma się w składzie Butlera czy Wade’a, a więc dwóch zawodników, którzy żyją z punktów na półdystansie. Sęk w tym, że tego typu ofensywa nie jest zbyt efektywna i są to rzuty, z którymi Celtics mogą zyć.

Jae Crowder przechodzi pod zasłoną, bo jeśli Jimmy Butler chce cię pokonać rzutami z mid-range to raczej mu na to pozwalasz. A jak zrobisz jeszcze dobry kontest tego rzutu, tak jak robi to Amir Johnson to są to zdecydowanie takie rzuty, które wręcz chcesz, aby Jimmy Butler czy Dwayne Wade oddawali. Pomaga tutaj także fakt, że nie ma już w Chicago tego, który w obu powyższych akcjach zasłony stawiał – Bulls pozbyli się Gibsona bez żalu, a tymczasem sprawił on Celtom mnóstwo problemów w ataku i w obronie.

Rok temu był po przeciwnej stronie, teraz jest już z Celtami i bardzo fajnie mówi o tym, dlaczego przewaga parkietu Celtics jest tak ważna: bo jak był rywalem to wręcz nienawidził przyjeżdżać do Bostonu i grać w Ogródku. Ma za sobą sezon, który nie do końca potoczył się po myśli jego i bostońskich kibiców. Był to sezon trudny i dopiero pod koniec sezonu Horford zaczął nieco lepiej odnajdywać się w bostońskiej drużynie, kończąc ostatecznie rozgrywki ze średnimi na poziomie 14.0 punktów, 6.8 zbiórek, 5.0 asyst oraz 1.3 bloków.

Jest zdecydowanie najbardziej doświadczonym graczem Celtics, jeśli chodzi o grę w play-off. Pod tym względem powinien dać drużynie sporo spokoju i pewności siebie, bo jest jednym z dwóch najlepszych bostońskich graczy, który wie, co to znaczy zagrać w finałach konferencji. Są to więc bardzo ważne playoffs dla Horforda i nic dziwnego, że sporo kibiców Celtics oczekuje, iż wzniesie się on na wyższy poziom i zaprezentuje bardzo dobry basket, nie mając przy tym ani jednego spotkania, w którym nam po prostu zniknie – a to mu się niestety zdarzało.

Horford to też niestety nie jest odpowiedź na dominację Bulls na tablicach, którzy w sezonie regularnym po prostu niszczyli w tym elemencie Celtów i robili nawet większy gangbang niż Tristan Thompson. I znów pomaga fakt, że nie ma Gibsona, ale wciąż jest Robin Lopez, który pod tym względem pozostaje jednym z najlepszych w całej lidze. Co więcej, drużyna z Chicago zbiera średnio 12.2 piłek na tablicy przeciwnika, co jest najlepszym wynikiem w lidze. Aż ośmiu graczy notuje co najmniej jedną zbiórkę ataku, przewodzi im oczywiście Lopez.

W dwóch wygranych meczach Bulls przeciwko Celtics mieli aż 40 punktów drugiej szansy, wygrywając na zbiórkach 104-67. W meczu, w którym nie grał Gibson to jednak Celtom udało się wygrać na tablicach (51-40), dlatego jest nadzieja. Co więcej, od czasu przerwy na Mecz Gwiazd drużyna z Chicago była dopiero 18. w lidze pod względem procentu zebranych piłek w lidze, podczas gdy do Meczu Gwiazd – a więc, gdy w drużynie był jeszcze Gibson – mieli drugi wynik, zbierając aż 28.4 procent piłek na atakowanej tablicy.

Tymczasem Horford miał tylko dziewięć meczów, gdzie zbierał 10 lub więcej piłek, ale Bostończycy wygrali osiem z takich spotkań. Zbiórka to nadal jedna z największych bolączek Celtów i choć jest znacznie lepiej niż było choćby w pierwszych tygodniach sezonu to jeśli Celtowie chcą grać playoffs dłużej niż w dwóch ostatnich latach to Al Horford musi robić znacznie lepszą robotę na tablicach niż 6.8 zbiórek, jakie notował w sezonie regularnym. I musi to zacząć robić począwszy od serii z Bulls, bo Celtics nie mogą oddawać czterech zbiórek w jednej akcji.


Po zeszłorocznej porażce z Hawks w Bostonie na pewno będą chcieli w końcu wyjść z tej pierwszej rundy – wszak to nie udało się już pięć lat, a choć możemy mówić, że przebudowa idzie bardzo szybko (no bo idzie, w czwartym roku mamy pierwszy seed i najwięcej szans na pierwszy pick) to jednak wciąż w tej lidze liczy się przede wszystkim wynik w fazie play-off. A ten jest też ważny choćby z perspektywy kuszenia wolnych agentów. Celtics mają najlepszą pozycję wyjściową spośród wszystkich zespołów na Wschodzie i czas to teraz wykorzystać.

Drużyna z Bostonu jest też na pewno lepiej przygotowana do tego starcia niż była przed rokiem, choć i wtedy zapowiadano bardzo wyrównaną serię i wielu ekspertów miało Celtics w drugiej rundzie. Ostatecznie sporo nieszczęścia spowodowało, że to Hawks się tam zameldowali, ale teraz brak awansu do drugiej rundy – tym bardziej po zajęciu pierwszego miejsca w konferencji – będzie po prostu ogromną porażkę i ogromnym zaskoczeniem. Droga do finałów konferencji zaczyna się w niedzielę i to powinien być cel minimum dla Celtów.

Ale oczywiście do każdego meczu trzeba podejść indywidualnie. W playoffach każdy startuje z 0-0, natomiast bardzo fajne jest to, że Celtics potencjalnie aż do samych finałów konferencji włącznie będą mieć przewagę parkietu. Miejmy jednak nadzieję, że w serii z Bulls ta nie będzie aż tak potrzebna. Byki mają za sobą sezon pełen wzlotów i upadków, a w drużynie może i jest sporo zawodników z ogromnym doświadczeniem i wielkimi meczami w fazie play-off, jednak spora część graczy – podobnie jak w Bostonie – w playoffach nie wygrywała wcale lub rzadko.

Nigdy nie wiadomo, na jaki zespół Bulls trafimy danego wieczoru – taki, który w sezonie regularnym wygrał wszystkie cztery mecze z Cavs, czy może taki, który w starciach z Mavericks, Knicks oraz Timberwolves zrobił bilans 0-7. Celtics mają dobre odpowiedzi na Wade’a czy Butlera, mają też Thomasa, a tymczasem nie ma już w szeregach Bulls tego nieszczęsnego Gibsona. Mirotić może i być x-faktorem dla Bulls, ale tylko w ataku, bo w obronie to Celtowie skorzystają z niego bardziej. Nie trudno więc stwierdzić, dlaczego to Boston jest faworytem tej serii.

Marcus Smart pięknie napisał, że to świetny czas, aby być Celtem. I bardzo dobry, aby być kibicem Celtics. Isaiah Thomas wszedł na zupełnie nowy poziom w tym sezonie, ale my wciąż nie wiemy, czy przypadkiem nie zostawił czegoś więcej na fazę play-off. Boston Celtics pozostają drużyną, która gra z wielkim serduchem i nieraz pokazała nam swój wielki charakter. W serii z Bulls są faworytami, ale oni nadal mają wiele do udowodnienia i nadal znajdą się tacy, którzy w nich wątpią. Nadszedł więc czas, aby coś udowodnić i zamknąć usta krytykom. To czas playoffs.

Nie zapomnijcie też wypełnić bracketu!

#WeAreTheCeltics