Wsparcie od Celtów nie pomogło

Po raz pierwszy od 4 lutego w barwach Maine Red Claws wystąpili wspólnie Jordan Mickey oraz Demetrius Jackson, jednak pomimo ich wsparcia afiliacja Celtics nie sprostała Canton Charge i wyraźnie przegrała na własnym parkiecie 99:110. Goście od początku kontrolowali przebieg spotkania głównie dzięki świetnej postawie byłego Celta – Johna Hollanda oraz Kay’a Feldera, z którego Cavs mogą mieć niedługo pożytek. Podopieczni Scotta Morrisona ani przez chwilę nie prowadzili w tym spotkaniu i uratowali honor wyłącznie dzięki dobrej grze w 4Q. Do zakończenia Regular Season pozostały cztery spotkania i Delaware 87ers potrzebują cudu do odebrania MRC zwycięstwa w Atlantic Division.

BOXSCORE 

Każdy zdawał sobie sprawę z faktu, iż pojedynek z Canton Charge to będzie trudna przeprawa. Afiliacja Cavaliers to w ostatnich tygodniach zdecydowanie najlepszy zespół D-League, który kapitalnie finiszuje w sezonie regularnym i od 26 marca zanotował imponujący bilans 10-1, dzięki któremu jest już niemal pewny startu w nadchodzących PlayOffs. Mimo klasy rywala oraz świadomości jego atutów, kibice afiliacji Celtics liczyli, że drużyna prowadzona przez Scotta Morrisona wyrówna sezonową serię i przy okazji zrewanżuje się Charge za porażkę w pierwszej rundzie zeszłorocznej fazy post-season.

Ale nadzieje fanów MRC szybko zostały rozwiane po kątach hali Portland Expo Building, w której bez skrupułów rozgościła się ekipa z Canton. Przyjezdni szybko uzyskali kilkupuntową przewagę, którą systematycznie powiększali w kolejnych fragmentach spotkania. Do przerwy było 44:63 i obserwując przebieg meczu, tylko najwięksi optymiści mogli wierzyć w skuteczny comeback. Red Claws zostali zdominowani na tablicach, przegrywając zbiórki 13:23, a w dodatku popełnili aż trzynaście strat. Miejscowi nie potrafili powstrzymać Kay’a Feldera (game-high 26 pts, 9 ast), który w pierwszej połowie zdobył 18 pts i był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem na parkiecie.

Charge nie zgubili w przerwie koncentracji i w połowie 3Q osiągnęli najwyższe prowadzenie +28, rozstrzygając losy spotkania. W ostatniej ćwiartce Red Claws walczyli już wyłącznie o uniknięcie blowoutu i zeszli ostatecznie zeszli do -11.

Przyczyn tak wyraźnej porażki było wiele. Trzeba zacząć jednak od przegranych matchupów przez liderów MRC. Abdel Nader (14 pts, 5/14 FG, 3/9 3pFG, 8 reb, 2 ast, 1 stl, 5 TO) kompletnie nie radził sobie z Johnem Hollandem (28 pts, 11/17 FG, 4/6 3pFG, 5 reb, 5 ast, 2 stl, +23 PER), zaś Demetrius Jackson (16 pts, 4/11 FG, 1/4 3p FG, 5 reb, 5 ast, 2 TO) z zazdrością spoglądał na Feldera. Obaj zawodnicy naszej afiliacji byli zresztą na fatalnym poziomie -23 PER w pierwszej połowie, a ich finalne wskaźniki wyglądały odpowiednio -19 PER i -22 PER. Gospodarze pozwolili Charge na zdobycie aż 60 punktów w strefie podkoszowej, a kompromitujące 22 straty w efekcie przyniosły kolejne 20 punktów przyjezdnym. Sobą nie byli Jalen Jones (7pts, 3/13 FG, 0/5 3pFG, 6 reb, 2 ast, 3 TO) i Marcus Geoges-Hunt (8 pts, 2/7 FG, 1 reb, 6 ast, 2 stl, 5 TO, -26 PER)., zaś słabsza skuteczność z gry (39% FG) nie pozwoliła na uratowanie sytuacji i nawiązania jakiejkolwiek walki.

Pozytywnie można ocenić Jordana Mickey’a, który zaliczył double-double składające się z 20 pts (8/17 FG) i 11 reb, uzupełnione trzema przechwytami. Nadspodziewanie dobrze spisał się również Coron Williams, który na swoim koncie zgromadził 18 pts (7/12 FG, 4/8 3pFG) z ławki i z nim na parkiecie gospodarze byli +15.

Cztery mecze – tyle dzieli Red Claws od fazy PlayOffs. Czasu na poprawę stylu gry jest więc niewiele, a trzeba sobie jasno powiedzieć, że bez radykalnych korekt, szansa na osiągnięcie czegoś więcej niż pierwsza runda post-season jest niemal znikoma. Kolejne spotkanie Red Claws rozegrają już dziś o godzinie 19:00 czasu polskiego. Do Portland Expo Building przyjedzie afiliacja Sacramento Kings – Reno BigHorns, która nie ma już szans na przedłużenie sezonu. Będzie to ostatni mecz MRC na własnym parkiecie w Regular Season.