Blazers górą w Portland...

Boston Celtics po świetnym spotkaniu w Phoenix rozegrali przeciętne zawody w niedzielną noc, przegrywając z Portland Trail Blazers na wyjeździe 86-92. Bardzo dużą rolę odegrał Damian Lillard, który w kluczowych momentach spotkania nie zawiódł i akcją 2+1 dał prowadzenie gospodarzom. Trójka Matthewsa odesłała mecz do zamrażarki. Dobre spotkanie rozegrali Pierce i Garnett, słabe nowe nabytki, czyli Crawford i Williams. W drużynie nie zadebiutował DJ White.

Celtowie przegrywali 8 punktami na 6 minut do końca spotkania, ale udało im się zebrać w sobie i, dzięki lay-upowi Garnetta doprowadzić do remisu na 1:46 minuty do końca. Wtedy mecz przejęli zawodnicy z Portland – Lillard wbił się pod kosz i mimo przewinienia Garnetta umieścił piłkę w obręczy. W kolejnym posiadaniu gospodarze postawili na Wesa Matthewsa, albo to raczej on postawił na siebie – step-back jumper z dystansu dał im 6-punktowe prowadzenie i ustalił wynik spotkania.

Celtowie zagrali fatalną ofensywę, trafiając tylko 41 procent rzutów (po ponad 52 % w ostatnim meczu z Suns). Trafili 2 z 13 oddanych trójek, w czym przebili ich gospodarze – 7 z 21 rzutów z dystansu.

Goście zagrali jak kompletnie inna drużyna – mimo, że z Kevinem Garnettem, to dużo gorzej w obronie i ataku. Piłka nie krążyła po obwodzie tak jak powinna, a zawodnicy łącznie zanotowali najniższa liczbę asyst w sezonie – 16… Dodatkowo nie mieli nic do powiedzenia na deskach, gdzie zmiażdżyli ich Hickson i LaMarcus Aldrige.

Celtowie nie mogli upilnować Wesa Matthewsa, który trafił 5 prób z dystansu i po prostu zniszczył Celtów w końcówce spotkania.