W poszukiwaniu pozytywów

Życie jest wredne.

W głowie Rondo na pewno pojawiła się taka myśl, kiedy usłyszał diagnozę w szpitalu. ACL to swego rodzaju wyrok, nawet biorąc pod uwagę poziom dzisiejszej medycyny. Nie chodzi już nawet o czas rehabilitacji po takim urazie, który w najlepszym wypadku nie będzie krótszy niż pół roku. Jest rzeczą wysoce nieprawdopodobną, że zawodnik fizycznie wróci po takiej kontuzji do pełnej sprawności. Co dla faceta bazującego przede wszystkim na bardzo wysokim poziomie atletyzmu, musi być niemałym szokiem i może wywołać niemałą deprechę.

Rajon Rondo

 Gdy dowiedziałem się o kontuzji Rondo, też przekląłem siarczyście kolejnego figla, który spłatał mi wredny los. Bo oto na przestrzeni trzech dni, raz po tej fatalnej przegranej z Atlantą, teraz po kolanie Rondo, musiałem wyrzucić do kosza, dosłownie i w przenośni, dwa prawie gotowe teksty, co jak dla mnie, człowieka uwywnętrzniającego się przed szeroką publiką nader rzadko, ustawicznie uganiającego się za weną do pisania i znajdującego ją raz na ruski rok, też okazało się dość poważnym powodem do traumy. ACL Rajona dał mi dobry powód do napisania tekstu numer 3. Dla mnie to chyba rekord, odkąd partycypuję w życiu niniejszej strony. Co skłania do konkluzji, że skoro ja mogę wynieść z tej kontuzji coś pozytywnego, może uda się to zrobić Celtom i samemu Rondo.

Ciekawa rzecz, jak bardzo pogląd człowieka na jakąś konkretną kwestię może zmienić się o 180 stopni w ciągu kilku sekund. Tak właśnie zmieniło się moje zdanie na temat wymian, jakie ewentualnie miałby dokonać Danny Ainge przed trade-deadline. O ile byłem zwolennikiem rewolucji i naciśnięcia przycisku „blow everything up”, o czym miał traktować pierwszy wyrzucony tekst, o tyle obecnie jestem skłonny zostawić wszystko tak, jak jest. No, może poza Bassem, z którego już nic nie będzie. Wartość pozostałych jest w chwili obecnej zdecydowanie zbyt niska, żeby można było w zamian pozyskać kogoś sensownego, na kim można by było oprzeć przyszłość tej drużyny. Niech więc grają. Najlepiej ujęli to Pierce i KG, twierdząc, że reszta zespołu musi wejść na wyższy poziom, bo nikt nie wejdzie przez drzwi i ich nie uratuje. I paradoksalnie, zobaczyłem w meczu z Heat, że jest na to realna szansa.

Green. Gość, o którym popełniłem drugi tekst a który trzeba było wyrzucić do kosza. Z ferowaniem zawartych w nim wyroków, że z Jeffa to jednak taki Pippen jak z koziej dupy trąba, trzeba się wstrzymać kolejnych kilka miesięcy. Może zaprzysiężenie Obamy i jego ulubiona mantra dała Greenowi do myślenia, bo wyszedł na LBJ śpiewając  „yes, I can”, jak Polacy Bogurodzicę pod Grundwaldem. No i okazało się, że on chyba rzeczywiście can. Nie mówiąc już o   nagim mieczu, którym graczom z Miami pokazał.

Ale ja nie o tym, bo że Jeff jest w stanie rozdawać postery na prawo i lewo, to już od jakiegoś czasu wiemy. Otóż Green rzeczywiście jest w stanie efektywnie bronić LeBrona. James swoje rzucił, ale to nie umniejsza faktu, na jak wysoki poziom defensywy wszedł Green w tym meczu i na jak relatywnie niewiele Jamesowi pozwalał. I przede wszystkim,  co osobiście dla mnie jest najważniejsze, w wielu akcjach jeden na jeden nie dał się minąć czołgowi na nogach. Powiedziałem kiedyś, że Gren jest tak dziwnym, specyficznym zawodnikiem, że jego kontrakt może być jednym z najgorszych w NBA, ale może być też takim interesem dla Danny’ego jak dla Holendrów kupno wyspy Manhattan od Indian za koraliki o wartości 24 dolców. I chyba po raz drugi w tym sezonie pokazał mi, że inwestycja w niego może okazać się opłacalna.

Całkiem niedawno wałkowana była na stronie idea wrzucenia Greena do pierwszej piątki kosztem Pierce’a. Sam pomysł nie wydawał mi się dobry, przede wszystkim z racji sporawej wielkości jego ego. On by tego nie zniósł. Ale rzeczywiście, większa liczba minut wydawała się rozwiązaniem co najmniej sensownym, biorąc pod uwagę dołek, w jakim Pierce obecnie się znalazł. Kontuzja Rondo skłania do jeszcze większej eksploracji na tym polu. Teraz większość na gwałt chce  szukać typowego rozgrywającego. Tylko nie wiem, po co? I znowu, w całkiem niedawno wałkowanym kolejnym temacie, większość była zdania, że przecież to nie osoba rozgrywającego decyduje o szansach na mistrzostwo. Zakładając nawet, że jeśli rozgrywającego udałoby się pozyskać, to poziom jego umiejętności będzie pewnie oscylował gdzieś w okolicach jego gaży, czyli minimum dla weteranów. Poza tym, jest po prostu niewykonalne, żeby odtworzyć styl naszej gry w ataku z Rondo grając bez Rondo. Można dyskutować, czy RR stara się zawsze czy nie, czy jest przeceniany czy nie, czy jest najlepszym rozgrywającym czy nie, ale nikt nie może zaprzeczyć, jak bardzo nietuzinkowym jest graczem. Żaden PG, który by tu ewentualnie przyszedł, nie dostanie jak Rondo piłki do rąk przez 80% czasu posiadania. Co wymusza na Celtach zmianę stylu gry i załatwienie problemu Pierce’a i Greena w pierwszej piątce. Pierce jako niezły ballhandler może z powodzeniem grać na pozycji point forward i zająć się rozgrywaniem, Green na „trójce” dostanie więcej minut i mam nadzieje, że dostarczy ludziom pretekstu do zdań w stylu: „wow, jak on gra” zamiast, „wow, on w ogóle gra po operacji serca”.

Pierce vs Knicks

Przyjrzyjmy się zatem znanej zasadzie 80/20 Pareto, która sprawdza się wszędzie, nawet w systemie gry Celtów w HCO. Mądry ten Vilfredo był, szacun. Jak powiedziałem wyżej, Rondo trzymał piłkę przez mniej więcej 80% czasu posiadania, przy 20% całej pozostałej czwórki. Sęk w tym, że akurat ten rodzaj rozwiązania ofensywy nigdy mi nie odpowiadał, bo czynił z partnerów Rondo spot up shooterów. Co może zdałoby egzamin, gdyby mieli umiejętności rzutowe Korvera czy Allena. Ale nie mają. Dlatego nieuchronna w chwili obecnej jest jego zmiana, na rzecz zdecydowanie większego ruchu piłki. Uważam, że mając piłkę w rękach, taki Lee, Green, Sullinger, a już zwłaszcza Terry, będą znacznie większym zagrożeniem w ataku niż stojąc w rogach boiska i czekając na podanie od Rondo. Możemy się również spodziewać się lepszej obrony, przynajmniej w regularze, bo nie sądzę, żeby Lee i Bradley opuszczali choć na chwilę, dostając w  naturalny sposób większe minuty z racji absencji Rajona. A już na pewno nie będą czyhać w pobliżu pomalowanego, polując na zbiórki…

Sherlocka Holmesa nigdy nie lubiłem, pójdę więc dalej metodą indukcji rozumowania, od szczegółu do ogółu. Niedawno, kiedy pisałem odpowiedzi do 4×4, starałem się poszukać celu, który byłby w stanie spoić tą grupę indywidualistów i dał im jakiś zastrzyk motywacji. No i przewrotny los chyba im ten cel właśnie dał. By powalczyć wszystkiemu i wszystkim na przekór. Wiem sam po sobie, że tego rodzaju bodziec może być niezwykle silny i dać Celtom kopa w zadek, tak mocno, z czuba. Nie sądzę, żeby teraz Zielonym miało brakować koncentracji, nawet grając z ogórami. Kluczowe może okazać się kilka najbliższych spotkań. Jeśli Celtics będą w stanie je wygrać, mogą uwierzyć, że sezon nie musi być jeszcze stracony. KG, Pierce i Doc muszą zrobić teraz wszystko, żeby wyzwolić w całym zespole sportową złość, bo jeśli nawet takie wydarzenia jak kontuzja Rondo nie będą w stanie, to będzie ostatni sezon dla BIG3 w Bostonie a przycisk zostanie wreszcie naciśnięty. Liczę jednak na to, że grając bez Rondo, grając więcej, reszta będzie musiała wziąć odpowiedzialność na swoje barki, co może i będzie stymulować ich rozwój. Może się więc okazać, że wracając w przyszłym sezonie, Rondo będzie miał do dyspozycji grupę o znacznie wyższej jakości. I znacznie większej wartości na rynku transferowym, jeżeli Danny zdecyduje się na jakąś wymianę.

ACL Rondo może wyjść Celtom na dobre. Może także wyjść na dobre samemu Rondo. Kolano to kolano, Rondo szybszy nie będzie, na pewno straci na eksplozywności i nieco pierwszego kroku, nawet zakładając całkowitą poprawność procesu rehabilitacji. To nieuniknione, biologii się nie oszuka. Pozytywem w aspekcie jego fundamentals będzie co najmniej kilka miesięcy czasu na szlifowanie rzutu z półdystansu i osobistych, bo po takiej kontuzji treningi rzutowe to jedyne, co będzie mógł robić na hali i na co mu sztab trenerski pozwoli. Rondo zdaje sobie pewnie sprawę, że stabilny rzut to być może jego być albo nie być w tej lidze. Nie oszukujmy się, i tak musiałby go poprawić i rzucać coraz efektywniej, bo czasu nikt nie oszuka i wraz ze spadającym atletyzmem gracze operują coraz dalej od kosza. To również nieuniknione. Rondo musi się tego po prostu nauczyć szybciej. W kwestii rzutu, już niejeden udowodnił, że można. Tyle w aspektach fizycznych. Ja liczę nawet bardziej na jeszcze większy jego postęp w sferze mentalnej. I tak, jak w przypadku zespołu, postanowi udowodnić, że wróci jeszcze lepszy niż był. Pokaże, że jest w stanie być najlepszym rozgrywającym ligi, bez polowań na zbiórki, bez polowań na asysty, bez odpuszczania. W każdym meczu. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Także mnie, Judaszowi, piszącemu tekst o pozytywach jego kontuzji.

I mam nadzieję, że za kilka miesięcy powie nam wszystkim: „są nowiny z wykopaliska mej skamieliny”, dokładnie jak w piosence Paktofoniki, której właśnie słucham.