Wielki wieczór w Bostonie w cieniu równie wielkiej straty...

Boston Celtics po NIEZWYKŁYM meczu wygrywają u siebie z Miami Heat. To już nawet nie chodziło to, kto wygra mistrzostwo, kto zdobędzie MVP, itp., itd. Dzisiaj liczył się tylko ten jeden mecz, wygranie tylko tego spotkania. Po dwóch dogrywkach, ale się udało. Po dwóch pieprzonych dogrywkach. Musicie wybaczyć, ale nadal ciężko jest pozbierać się po druzgocącej informacji, o której na pewno już wiecie. Sam Rondo pojawił się na trybunach i oglądał końcówkę spotkania. Był jednak totalnie przybity, załamany, nieobecny. Zawodnicy nie wiedzieli podczas meczu, czemu tak właściwie Rondo nie gra (wiedział tylko Doc), jednym z pierwszych, który się dowiedział był Pierce. Spójrzcie, jak zareagował:

BOSXSCORE

Celtics musieli jednak zacząć mecz bez Rondo, który w tym czasie jechał do pobliskiego szpitala, aby wykonać szczegółowe badania na swoim kontuzjowanym kolanie. W pierwszej piątce w jego miejsce pojawił się Courtney Lee. Nie była to jedyna zmiana w wyjściowej piątce, gdyż za Bassa startował Sullinger. Od początku we znaki dawał się Celtom Chris Bosh (7/12 FG, 16 pkt, 16 zb), który już w pierwszej kwarcie miał 10 punktów. Heat bardzo łatwo dostawali drugie szansy, bardzo łatwo zbierali pod koszem Celtów (na tablicach 53-46 dla Miami, w tym aż 17 zebranych pod koszem Celtics piłek). Głównie chyba dzięki temu to oni od początku meczu przewodzili. Celtics rozegrali solidną pierwszą kwartę, tłum wiwatował, gdy blok na Jamesie zaliczył naprawdę solidnie grający – przede wszystkim w obronie – Lee (nie patrzcie na skuteczność, to nie Pierce! – 1/7 FG, 4 pkt, 2 ast). Podczas pierwszego timeoutu – zgodnie z przewidywaniami – na telebimie pod dachem TD Garden wyświetlono filmik dla Raya Allena, który zobaczyć możecie poniżej:

Podczas wyświetlania tribute kibice zachowali się bardzo ładnie i bili brawo. To się jednak zmieniło, gdy Allen (7/17 FG, 2/8 3PT, 21 pkt) pojawił się na parkiecie – z miejsca został wybuczany, tak zresztą było do końca meczu, gdy tylko Ray miał piłkę w rękach. W pierwszej kwarcie gra była dość wyrównana, choć cały czas szwankowała obrona Celtów. Goście wygrywali ostatecznie po pierwszej kwarcie 26-22.

Przewaga Żaru urosła do 8 pnuktów, po tym jak na początku drugiej odsłony bardzo łatwo z Jasonem Terrym radził sobie Norris Cole – wykorzystywał on także dziurę pod koszem i łatwo wbijał w pomalowane Celtics. Zmieniło się to dopiero, gdy Doc oddelegował do krycia obrońcy Heat Leandro Barbosę (4/8, 9 pkt, 4 ast). Ten miał także wielki wpływ w ataku, wniósł jakże potrzebną energię, Celtics zdobyli sporo punktów z szybkiego ataku i to dzięki niemu gospodarze odrobili straty i do przerwy mieliśmy remis 45-45. w drugiej kwarcie mieliśmy też pierwsze poważniejsze spięcie, gdy po trafieniu Sullingera spod kosza Rashard Lewis wziął go dosłownie w kleszcze – być może chciał się pocałować? Sędziowie zareagowali zdecydowanie za późno, a nie mogący dłużej tego znieść Jared próbował wyswobodzić się z „objęcia” Lewisa odpychając go. Sędziowie zadecydowali o przyznaniu fauli technicznych obu zawodnikom.

Gdzieś w międzyczasie nasz czat osiągnął rekordową ilość 146 użytkowników on-line! Gratulacje dla wysłużonego shout-boxa, niech nam służy jak najdłużej.

Celtics wyszli na prowadzenie w pierwszej akcji drugiej połowy i od razu zwęszyli swoją szansę, nawet pomimo dwóch trójek z rzędu Jamesa. Zaczęli grać intensywniej, zaczęli grać twardo, widać było naprawdę dużo zaangażowania. Prym w pokazywaniu tego zaangażowania wiódł Sullinger (3/5 FG, 7 pkt, 4 zb, 3 stl), kapitalną robotę odwalali też kibice w Ogródku. Tym bardziej, że mniej-więcej w tamtym okresie dowiedzieliśmy się o urazie Rondo. Po trójce Bradleya Celtics znów prowadzili trzema punktami, ale potem gospodarze nie trafili zdobyli punktu przez trzy kolejne minuty. Heat przycisnęli też w końcówce, ponownie wielkie rzuty trafił James (14/31 FG, 3/6 3PT, 34 pkt, 16 zb, 7 ast, 3 stl) i przed ostatnią kwartą to Heat wygrywali czterema punktami.

Celtowie zdołali jednak szybko odrobić straty, a nawet wyjść na prowadzenie. Duża w tym zasługa Jeffa Greena (4/8 FG, 11 pjt, 4 zb), który grał bardzo dobrze po obu stronach parkietu. Po jednej dobrej akcji obronnej mocno się „napompował”, by po chwili wręcz wybuchnąć. Najpierw trójka, chwilę potem WIELKI WSAD nad Boshem. Po prostu wielki, coś niesamowitego. Sami spójrzcie:

No i nie mogło zabraknąć bloku na byłym ulubieńcu kibiców TD Garden. Green zagrał bardzo dobre spotkanie, na dodatek był świetny w obronie, bardzo dobrze ograniczał Jamesa. Zawiódł tylko raz, w kluczowym momencie. Gra się bowiem wyrównała, a w powietrzu zapachniało playoffami. Ważne rzuty trafiali Terry oraz Garnett, jednak w odpowiedzi trafił też Allen. Z lewego roku. Jak zawsze, po raz enty w TD Garden. Nic dziwnego, że Doc mówił swoim graczom, że to już milionowy raz, gdy on coś takiego trafia w Bostonie, jak więc wciąż może mieć czystą pozycję? Zaspał oczywiście Pierce, który zresztą akcje wcześniej popełnił straty i który w końcówce znów spisywał się bardzo słabo. Celtowie wciąż jednak prowadzili jednym punktem, dwa z wolnych dołożył Jet. Z tego samego miejsca próbował odpowiedzieć Allen, spudłował jednak, ale to Heat wciąż mieli posiadanie – zebrali. No i tutaj wielki trzypunktowy rzut po zasłonie trafił James. Próbował jeszcze Terry, ale nic z tego – dogrywka.

W tej było już naprawdę czuć było playoffy. Wynik 6-6 mówi sam za siebie. Wszystkie sześć punktów dla Celtics zdobył Garnett (10/19 FG, 24 pkt, 11 zb, 3 blk), z kolei Pierce raz dał się zablokować, raz spudłował i raz stracił. Mimo tego osiągnął triple-double w postaci 17 punktów (6/16 FG), 13 zbiórek i 10 asyst (a także 6 strat). Tym razem szansę na przypieczętowanie zwycięstwa miał Wade, ale spudłował pod naciskiem Pierce’a. Druga dogrywka. W tej mieliśmy choćby ładny blok Jeta na Allenie, wymuszony przez PP faul ofensywny Wade’a, ale także w końcu trafiony rzut Pierce’a! I to jaki – ponad Jamesem, w decydującym momencie, przy stanie 97-98. CZAT OSZALAŁ, PAUL PIERC JEST KLACZ! Chwilę wcześniej Miami prowadzili trzema punktami po akcji z faulem Jamesa, odpowiedział jednak Terry (4/12 FG, 1/7 3PT, 12 pkt), a po drugiej stronie za mocno rzucił Wade, a kluczowa piłka wylądowała w rękach Greena. Pierce trafił, LeBron spudłował, Pierce zebrał – wymarzona sytuacja. Paul nie mógł jednak trafić obu, trafił więc tylko jedno i całe szczęście, że piłka na zwycięstwo rzucona przez Battiera nawet nie doleciała do obręczy. Zwycięstwo – przede wszystkim dla Rondo, który zebrał zresztą ogromną owację, gdy pojawił się w hali. Swoją drogą, kibice również odwalili dzisiaj kawał świetnej roboty, a Celtics odnieśli jakże ważne, jakże symboliczne zwycięstwo nad obecnym liderem Konferencji Wschodniej.

CELTICS PRIDE, MAAN. CELTICS PRIDE.

Takie mecze długo się będzie pamiętać – na koniec to my wygraliśmy, jednak ten wieczór – choć zwycięski – jest słodko-gorzki. Strata Rondo jest nie do opisania, tym bardziej, że on ma dopiero 26 lata! Wchodził w swój prime, był naszą wielką nadzieją. Zerwane więzadło oznacza koniec sezonu, choć Rondo w swoim stylu i na przekór wszystkiemu mówił: „wrócę za dwa tygodnie”.  To jednak niemożliwe. Przed Rajonem operacja, a potem ciężki okres rehabilitacji. Wróci. Wiemy, że wróci. Jest silny, da radę wrócić. Tęsknimy, czekamy, jesteśmy z Tobą. Aha, jeśli o czymś w relacji zapomniałem – przepraszam, nie dało się. Trzeciej kwarty prawie w ogóle nie widziałem, bo jedyne, na co czekałem to informacje na twitterze w sprawie Rondo. Trzymaj się chłopie, jesteśmy z Tobą.

Bradley: To był kompletny szok. Wszyscy się cieszyli, a potem Rajon nam powiedział – wszyscy opuścili swoje głowy…

Rondo, we already miss ya, maaaan…

View post on imgur.com